Kwitną prymulki, często się spóźniają, nie boją się zimna.
Co innego nagietki. Właśnie spośród suchych liści i traw wygramolił się taki jeden. Nawet zakwitł. Przeniosłam go do doniczki i przywiozłam do domu na parapet kuchenny. Może jeszcze trochę sobie pokwitnie, a mnie oko pocieszy.
Przeniosłam do domu także jeden rozmaryn, drugi pozostał na przezimowanie w zielniku. Pani na targu, która mi go wiosną sprzedawała zapewniała, że ten zimuje. Zobaczymy, bo kilka razy próbowałam go przezimować w zielniku, ale nigdy mi się nie udawało. Teraz, gdy śpiewam wnuczętom „O mój rozmarynie…” to Ola już wie co to jest rozmaryn, bo Stasio to jeszcze za mały, chociaż w piosenkach potrafi przebierać. Stasio w imieniny Andrzeja skończył roczek. Jeszcze samodzielnie nie chodzi, ale już się wyrywa. Lada dzień oderwie się od palca.
1 grudnia zmarła moja Przyjaciółka Małgosia. Znałyśmy się ponad 40 lat. Przed stanem wojennym wyemigrowała z rodziną do Ameryki. Często była w Polsce. Odwiedzała rodziców, przyjaciół i znajomych. Teraz była dłużej. Chciała w Polsce pomieszkać. Razem z mężem byli już na emeryturze. Nagle Małgosia zachorowała. Ja w tym czasie byłam w trakcie leczenia onkologicznego. Obydwie zajęłyśmy się swoim zdrowiem i walczyłyśmy ze swoimi chorobami. Nie widząc dla siebie ratunku w Polsce, sprzedała mieszkanie po rodzicach i wyjechała do swojego domu w Ameryce. Za 3 miesiące umarła. Na pożegnanie, gdy już jechała na lotnisko wspomniała, że jest ciężko chora i że jeśli ma leżeć w szpitalu to woli w amerykańskim niż w polskim jeszcze w warunkach peerelowskich. Powiedziała także, że już się nie zobaczymy, że wyjeżdża na zawsze. Jest mi bardzo smutno.



