Bliźnięta

Dawno temu w bezludnym zakątku „Szkaradkowo” osiedliły się krasnoludki. Miały one swojego króla, który był zarządcą dobrym i sprawiedliwym, a pod jego rządami niczego im nie brakowało. Nie brakowało im także marzeń, które niekiedy spędzały sen z królewskich powiek.

Janek i Franek, którzy byli bliźniakami, byli wyjątkowymi marzycielami wśród krasnoludków. Uwielbiali trufle i marzył im się las pełen tych łakoci.

Kiedy król organizował wycieczkę w poszukiwaniu kwiatu paproci, oni woleliby szukać trufli. Tego dnia, gdy wszyscy już byli spakowani w plecaki i gotowi do wyjścia, Janek i Franek stali przed pałacem króla i naradzali się, jak mu przedstawić sprawę z truflami.

– Powiem mu, że źle się czuję – wymyślił Janek.

– Świetny pomysł – podchwycił Franek i dodał: – A ja mu powiem, że zostanę z tobą. Ok?

Król, spakowawszy swój w plecak, otworzył szeroko drzwi i zobaczył naradzających się krasnoludków.

– A wy co tu robicie pod drzwiami? Gdzie wasze plecaki? – zapytał król.

– Bo my, królu … – zawahał się Janek z odpowiedzią na pytania króla.

– Bo my, królu … – próbował wytłumaczyć się Franek.

– Czy chcecie powiedzieć, że nie chcecie szukać kwiatu paproci? – zapytał.

Zbici z tropu pytaniem króla, Janek i Franek spojrzeli po sobie i zamilkli.

Król nie czekając na ich odpowiedź dodał:

– To zbierajcie grzyby.

Z błyskiem w oczach razem zawołali:

– Trufle!!!

Zapowiadała się piękna noc. Wszystkie krasnoludki poszły do lasu. Zanim weszły, król wspomniał na niebezpieczeństwa czyhające w lesie:

– Wiem, że nie pierwszy raz idziemy do lasu szukać kwiatów paproci. Wiem, że liczycie na ich moc i na to, co wam przyniosą. Muszę wam jednak wyznać, że dla mnie to wy jesteście największym szczęściem i chciałbym was wszystkich zobaczyć w Szkaradkowie jeszcze przed wschodem słońca. Noc jest krótka, czasu za wiele nie mamy. Uważajmy na siebie.

Po tych słowach wszystkie krasnoludki rozeszły się po lesie. Jedne szukały kwiatu paproci, a Janek i Franek poszli szukać trufli. Zanim Janek i Franek rozeszli się w swoje strony, umówili się, że wrócą razem. Mieli spotkać się przed bramą.

Gęsty las; zapach igliwia, ziemi i mchu; splatające się korony drzew, jakby chroniące skarby runa leśnego przed obcymi z zewnątrz … Nawet tajemnicze echa, odbijające się od ścian zarośli, przemawiały tajemnicą, którą skrywał las.

Janek poszedł w stronę leszczyn, a Franek w stronę buków. Jeszcze przez chwilę słyszeli siebie, ale ich głosy rozmywały się w oddali, aż zapadła cisza. Szli dalej. Szli dalej przed siebie. Szli skupiając się na szukaniu trufli. Zwodnicze dołki i zwodnicze górki, przy których zatrzymywali się, ich nie zniechęcały. Godziny mijały, a oni szli dalej i dalej szukali wymarzonych łakoci. Aż zmęczeni doszli do wielkiej dąbrowy, w której rosły wysokie stare dęby. Zatrzymali się.

– Franek! – zawołał Janek.

Cisza. Wróciło tylko echo: „Fra-nek”.

– Janek! – zawołał Franek.

Cisza. Wróciło tylko echo: „Ja-nek”.

Daremnie wsłuchiwali się w swoje cisze. Daremnie oczekiwali odpowiedzi. Daremnie rozglądali się dokoła. Wszystko nagle zamilkło i tylko bicie serca każdemu wypełniało to tajemnicze milczenie. Zmęczeni oparli się o pień dębu. Brody im opadły bezwładnie na piersi, a powieki, jak ciężkie kurtyny dały na chwilę odpocząć zmęczonym oczom. Chwila drzemki i jakiś dziwny szept, a potem gwałtowne przebudzenie – postawiły ich na równe nogi. Tuż przy nogach na dębowym poszyciu zobaczyli poczerniały kamień. Jakby spod tego kamienia wynurzała się czarna trufla. Tylko schylić się i ją wziąć. Nareszcie.

I wtedy zdarzyła się rzecz niezwykła. Nagle ten kamień odezwał się błagalnie:

– Nie zabieraj jej stąd! Weź mnie, a ją zostaw!

Ten głos zabrzmiał dla nich jak błaganie o pomoc. Nie zawahali się. Zamiast trufli, do plecaków spakowali kamienie. Nie były lekkie. Powrót do Szkaradkowa też nie był łatwy.

Ledwo zdążyli dotrzeć przed świtem przed szkaradkową bramę. Brama była otwarta. Bez słów zdjęli z pleców ciężkie plecaki i postawili je na ziemi. Patrzyli na siebie, ale żaden nie podjął rozmowy.

– Jesteście – pospiesznie podszedł do nich król i obydwóch przytulił do siebie.

– Wszyscy już dawno wrócili. Cieszę się, że nic wam się nie stało – dodał król.

Janek i Franek stali w milczeniu i zagadkowo patrzyli na króla.

– Pewnie jesteście zmęczeni. Wezmę wasze plecaki.

I król nagle schylił się po nie. Lekkie nie były, nawet dla króla.

– Ciężkie, te wasze plecaki – stwierdził król. – Pójdziemy z nimi od razu do pałacu i sprawdzimy, co to trufle.

Janek i Franek, jak potulne baranki, ze spuszczonymi nosami poszli za królem.

Król postawił plecaki na królewskim stole i poprosił krasnoludków, żeby je rozpakowali. Janek i Franek powoli otwierali swoje plecaki. Janek z ukosa przypatrywał się zawartości plecaka Franka, a Franek Janka. Gdy okazało się, że w jednym i drugim jest czarny kamień, tajemniczo uśmiechnęli się do siebie i odeszli od stołu. Wtedy podszedł do stołu król. Zajrzał do jednego plecaka, zajrzał do drugiego; spojrzał na krasnoludki i bez jednego słowa dwa ciężkie kamienie wyciągnął z plecaków na stół i postawił je w niedalekiej odległości od siebie. Krasnoludki podeszły do stołu i stanęły przed królem na baczność, jakby w oczekiwaniu na trudne pytanie. Król przyglądał się kamieniom uważnie ze wszystkich stron, ale ich nie dotykał.

– Niebywałe – odezwał się półgłosem, jakby do siebie, dodając: – Żeby w lesie znaleźć dwa identyczne kamienie, trzeba mieć wyjątkowe szczęście – uśmiechnął się pod nosem.

I wtedy wydarzyła się rzecz bardzo dziwna. Na ich oczach kamienie przyciągnęły się do siebie. Po królewskiej komnacie rozległ się metaliczny dźwięk. Wszyscy zaniemówili. Kamienie, jakby jednogłosem, przemówiły:

– Dziękujemy wam, że uratowaliście nam życie.

Janek i Franek patrzyli na gadające kamienie, ale nie mogli z siebie wydusić ani jednego słowa. Król przyglądał się krasnoludkom i milczał, jakby czekał na dalszy bieg wydarzeń.

Kamienie dalej mówiły jednogłosem:

– Nie jesteśmy zwykłymi kamieniami. Jesteśmy upadłymi gwiazdami.

Król spojrzał na Janka i na Franka i zwrócił się z pytaniem do kamieni:

– Jak się nazywacie, skąd jesteście i co się stało?

Odezwał się pierwszy kamień:

– Ja jestem Kastor. Obok mnie, mój brat, Polluks. Jesteśmy Bliźniętami.

Janek i Franek popatrzyli się na siebie i uśmiechnęli się do króla.

Rozmowę kontynuował Polluks:

– Zawsze i wszędzie byliśmy razem. Ramię w ramię walczyliśmy w bitwach, pomagaliśmy sobie wzajemnie, razem żeglowaliśmy i przeżywaliśmy nasze wspólne wyprawy …

Polluks zamyślił się i dalej opowiadał Kastor:

– Pewnego dnia spotkało nas wielkie nieszczęście. Krążąc po orbicie niespodziewanie wypadliśmy z toru i spadliśmy na ziemię daleko od siebie. Za daleko by sobie pomóc…

Kastor na chwilę zamilkł, jakby zastanawiając się co powiedzieć jeszcze.

– A pomóc nam mogło tylko czyjeś czyste serce – dodał.

– I wasze czyste serca zatrzymały was przy nas. Usłyszeliście nasze wołanie.

Po chwili przerwy Kastor zwrócił się do Janka:

– Dziękuję Janku, że mnie podniosłeś i zabrałeś ze sobą, że dałeś mnie, Kastorowi, nadzieję na powrót do domu. Dziękuję, że zostawiłeś truflę. Była moją przyjaciółką.

Podziękowanie także złożył Polluks Frankowi:

– Dziękuję Franku, że mnie podniosłeś i zabrałeś ze sobą, że dałeś mnie, Polluksowi, nadzieję na powrót do domu. Dziękuję, że zostawiłeś truflę. Była moją przyjaciółką.

– Jak jeszcze możemy wam pomóc, abyście szczęśliwie wrócili na orbitę? – zapytał król.

– Leżąc na ziemi sczernieliśmy. Trzeba nas dobrze oczyścić. Gwiazda musi świecić – odezwał się Kastor.

– Gdy będziecie gotowi, zostawcie nas na ziemi na srebrnym talerzu przed drzwiami pałacu. Potrzebujemy chwili na odpoczynek przed podróżą. Przyjdźcie, gdy księżyc będzie wchodził w pełnię – Polluks uzupełnił wypowiedź Kastora.

Krasnoludki i król słuchali Bliźniąt z uwagą, żeby nie przegapić żadnego szczegółu. Do pełni było sporo godzin. Król obserwował niebo, księżyc i ruchy gwiazd. W kierunku orbity podążał Rak.

– Czy Kastor i Polluks przekażą jemu, co ich spotkało? Czy może zachowają tajemnicę na zawsze? – zastanawiał się król.

Dwie doby minęły zanim dwa duże sczerniałe kamienie zamieniły się w dwie złote kule. Zbliżała się pełnia księżyca. Król otworzył drzwi pałacu niosąc srebrną tacę. Obok króla szły krasnoludki. Franek niósł Polluksa. Janek niósł Kastora. Chwila była wyjątkowa. Blask księżyca i migotanie gwiazd nadawały ceremonii magiczną aurę. Złote kule położone na talerzu nagle zbliżyły się do siebie i zaiskrzyły. Ciepło w złotych rozbłyskach otulało ich swoim płaszczem, a metaliczny ostry trzask iskier rozległ się po szkaradkowej ciszy. Ze środka złotych kul powoli wydobywał się złoty pył.

Krasnoludki i król wpatrzeni w złote kule, usłyszeli ich cichy jednogłos:

– Dziękujemy. Dobranoc.

Złoty pył, niczym kometa, poszybował w stronę księżyca. Odezwała się szkaradkowa syrena alarmowa. Jej dźwięki nadawały pożegnaniu szczególny ton, aż w końcu ta smuga zniknęła im z oczu. Złote kule na srebrnym talerzu odsunęły się od siebie. Krasnale podniosły złote kule, a król podniósł srebrny talerz. Weszli do pałacu i zostawili talerz ze złotymi kulami na królewskim stole.

– Tak, to prawda, że marzenia są przewrotne – odezwał się król. – Ale marzyć trzeba zawsze.

Krasnoludki wysłuchały słów króla w skupieniu. Król podszedł do nich i wziął ich w swoje ramiona. Przytulili się do siebie.

– Dziękuję, Janku i Franku, za wasze marzenia. Dobranoc – wyszeptał.

– Dobranoc, królu – odpowiedzieli uśmiechając się szelmowsko.