Żabka

Niebywałe, co się wydarzyło onego roku, gdy Koziorożec przekazywał niebiański tron Wodnikowi. Ciągnące się tygodniami mrozy, nieustannie sypiący się śnieg, nieprzespane noce odbiły się nie tylko na jego pokręconych rogach, ale także na duszy. Poczerniałe niebo, wysłużony sierp i zmęczone gwiazdy świadczyły, jak ciężką miał służbę. Potrzebował odpoczynku, jak wędrowiec światła w mroku. Przez całą służbę towarzyszyła mu Rana. Była jedną z dam jego dworu. Była ciepłą gwiazdą, pełną życzliwości i zawsze była w pobliżu, a jej zielony ubiór łagodził nastroje Koziorożca. Gdy Koziorożec oddawał władzę, Rana powiedziała mu, że chce wrócić do swojego domu. Koziorożec spełnił prośbę Rany. Wysłał po nią Jednorożca i Rana szczęśliwie wróciła do macierzy.

Uroczystość przekazania tronu przez Koziorożca rozpoczęła się o północy. Wodnik przyszedł dobrze przygotowany. Lśniący błękitem garnitur w stylu skinny fit dodawał mu szyku, a srebrny dzban ze źródlaną wodą był wyjątkową przepustką na gwiezdne salony. Takim wejściem zaskarbił sobie serce Koziorożca. Pili wodę w lodowych kielichach przez wiele godzin, a zorza polarna grała im kolorami zieleni, czerwieni, różu, purpury, fioletu, głębokim szafirem i złotem, dopełniając gamę czystą bielą.

Latarnik, pełniący nocną służbę w Szkaradkowie, nigdy nie widział zorzy polarnej. Patrzył w niebo i nie mógł oderwać od niego oczu. Niebiański taniec tak go oczarował, że nie mógł ruszyć się z miejsca, a szybujący po nieboskłonie Jednorożec z zieloną panną z rozwianymi złotymi włosami, przykuł go do ziemi. Nawet zapomniał o królu. Ale nieziemski teatr powoli kończył się. Zaczął prószyć śnieg, a jego chłód ostudził emocje latarnika.

Latarnik wrócił do pracy. Tuż przed zakończeniem służby, jak zawsze, wszedł na wieżę, by z wysoka spojrzeć na Szkaradkowo. Wszystka służba jeszcze spała. Świeża cieniutka warstwa śniegu przykryła podwórko i ścieżki. Schodząc z wieży, zauważył mało widoczne ślady na śniegu. Ślady, których nie miał komu przypisać. Skierowane były do jaskini, której dawno nikt nie używał. Poszedł tymi śladami, a one nagle zniknęły na zielonym mostku zamarzniętego bajorka.

Zanim król Karol wyszedł z pałacu, słońce już było nad horyzontem na cztery palce, a śladów na śniegu już nie było widać. Latarnik przechadzając po Szkaradkowie, zerkał od czasu do czasu w stronę jaskini.

– Jak minął dyżur nocny? – zapytał król latarnika.

„Czy opowiedzieć o tej nocy królowi? ” – zastanawiał się.

– Wszystko w porządku, królu – odpowiedział mu po chwili wahania.

Minęło kilka tygodni. Do Szkaradkowa przyszła wiosna. Przywitała białe przebiśniegi, żółte ranniki i niebieskie śnieżniki. Zawołała na kolorowe krokusy i białe puszkinie. Pomachała z daleka cebulicom, pierwiosnkom i ciemiernikowi. Odwiedziła złotą forsycję i różowy migdałek, stacjonujące nad brzegiem bajorka. Na koniec wizyty stanęła przed jaskinią. Zapukała do drzwi. Nikt jej nie otwierał. Cierpliwie czekała, jakby była pewna, że gospodarz jest w domu. Ciekawskie jeże, jaszczurki i traszka podglądały ją z ukrycia. Nikt z mieszkańców już nie pamiętał, żeby ktoś mieszkał w tej jaskini. Wszyscy długo czekali. Aż otworzyły się skrzypiące drzwi i wiosna weszła do jaskini, zamykając drzwi za sobą. Długo nie wychodziła. Szkaradkowe stworzenie czekało, pytająco spoglądając na siebie. Wiosna nadal nie wychodziła. Jeże odeszły. Zrezygnowały też jaszczurki, a kret schował się pod ziemię. Cierpliwie czekała tylko traszka. Trzeszczące drzwi otworzyły się i wiosna wyszła. Wyszła sama nie zamykając za sobą drzwi i szybko odeszła. Traszka nadal czekała, że może ktoś wyjdzie z jaskini. Ale nikt nie wychodził. Z bijącym sercem, z duszą na ramieniu zajrzała do środka przez próg. Nikogo nie było, ale to co przed sobą zobaczyła, wprawiło ją w zdumienie. Weszła do środka i z wrażenia kompletnie zamarła. Wnętrze jaskini przypominało igloo. Podłoga z suchego mchu przypominała perski dywan, a ściany wraz z sufitem wyłożone były perłowymi muszlami. Nie mogła oderwać od nich oczu. I wtedy otworzyły się perłowe drzwi, zamaskowane w perłowych muszlach. Wyszła z nich rozespana ridibunda:

Na pięć cali może długa, w biodrach wąska, w pasie gruba, na dodatek jak kość chuda. Żakiet kusy, wygnieciony, pobrudzony, poplamiony. O kolorze wstyd wspominać: ni to zieleń, ni szarzyzna.
Oczy – wytrzeszczone ślepia
Eulalia – żaba śmieszka.

Traszka, zaskoczona jej widokiem, z niedowierzaniem zapytała:

– Eulalia? Czy to ty jesteś tą Eulalią, która dawno temu opuściła to bajorko?

– Nie, nie jestem Eulalią. Jestem jej prawnuczką – odpowiedziała dodając: – Nazywają mnie Rana.

– A czy ty też tak pięknie śpiewasz, jak Eulalia? – zapytała traszka.

– Nie wiem, ale moja matka mówiła mi, że mam talent po prababce, więc może … – zawahała się Rana.

– Zaśpiewasz? – prosząc zapytała traszka.

– Tak „na sucho”, bez rozgrzewki? Dopiero się obudziłam. Właściwie nawet nie sama. Wiosna wpadła niespodziewanie i mnie obudziła. Nie miała łatwo – uśmiechając się do traszki, chaotycznie się tłumaczyła. – Byłam bardzo zmęczona po dalekiej podróży. Ale spróbuję – odpowiedziała jej Rana.

I Rana zaśpiewała swoją arię. Traszka z uwagą wsłuchiwała się w jej solówkę, gdyż nigdy takiej muzyki nie słyszała.

– Śpiewam nieco inną muzykę, niż moja prababka – stwierdziła Rana.

– Nie znam głosu twojej prababki, ale moja matka opowiadała mi, że jej babka ją podziwiała, gdy mieszkały razem w tym bajorku. Kiedyś tu był piękny staw. Opowiadała mi o nim moja matka…

– Musiało być tu pięknie – odpowiedziała jej Rana. – Opowiesz mi o nim?

– To długa historia. Opowiem ci ją ale nie teraz.

I traszka wyszła z jaskini, i tak jak wiosna, nie zamknęła za sobą drzwi.

Po Szkaradkowie przechadzał się latarnik. Powoli, bez pośpiechu rzucał okiem to na prawo, to na lewo. Rozglądał się wokoło. Przystanął, gdy zobaczył otwarte drzwi jaskini. Zaciekawiły go. „Czyżby ktoś jednak do niej się wprowadził?” – zastanawiał się. Ciągle pamiętał nierozpoznane ślady na śniegu sprzed kilku tygodni. Podszedł do jaskini i zatrzymał się. Zajrzał przez próg, ale w środku było ciemno. Sięgnął do głębokiej kieszeni po bezbarwną przezroczystą małą kuleczkę, która była jego amuletem. Kulka zaświeciła i latarnik zobaczył w ciemnym wnętrzu jaskini drugie drzwi w ścianie. Były otwarte. Drzwi wychodziły w stronę bajorka. Powoli wszedł do jaskini. Kuleczka natychmiast rozświetliła całe wnętrze jaskini. „Niebywałe” – wyszeptał. W drzwiach stanęła piękna zielona żabka z koroną na głowie.

– Kim jesteś ? – zapytał latarnik.

– Jestem Rana – odpowiedziała.

– Czy to ty weszłaś do jaskini tej nocy, gdy spadł ostatni śnieg? – zapytał latarnik.

– Tak – odpowiedziała krótko. – Wróciłam do swojego domu – dopowiedziała zdecydowanie.

– Do swojego domu? – zdziwił się latarnik.

– Tak. Do mojego domu. Długo mieszkałam u Koziorożca. Byłam damą jego dworu. Kiedy Koziorożec oddał tron Wodnikowi, chciałam wrócić do swojego domu. Przyniósł mnie Jednorożec. To była wyjątkowa noc – uśmiechnęła się Rana do latarnika dodając: – Rzeczywiście, jak już osiadliśmy na ziemi, leżało trochę śniegu.

– Nie znamy się. Ja jestem latarnikiem. Pracuję w Szkaradkowie wiele lat, ale nigdy ciebie nie widziałem – odpowiedział jej latarnik.

– Nie znałeś zapewne także mojej matki, ani babki. Tu mieszkała moja prababka Eulalia…

Rana zamyśliła się.

– Nie wiedziałem. Opowiesz mi o niej? – zapytała latarnik.

– Kiedyś ci o niej opowiem, ale to bardzo długa historia.

Uśmiechnęli się do siebie i latarnik wyszedł. Poszedł prosto do króla.

– Królu. Mamy nową mieszkankę Szkaradkowa. Doszła do nas Rana.

– Kim jest Rana? – zapytał król.

I latarnik opowiedział królowi o śladach na śniegu…