Owego roku marzec był wyjątkowo chaotyczny, a jego codzienne jadłospisy były nieprzewidywalne. A to sypnął śniegiem, a to polał deszczem, a to postraszył burzami. Nierzadko śnieg mieszał z deszczem i zrzucał znienacka. Bywało też, że potrafił przygrzać ostro promykami słońca.
Jeże, jaszczurki, krety i nawet traszka, ciekawskie jego poczynaniom, wystawiały nosy z kryjówek, a czasem nawet wychodziły z nich (niby z zamiarem zaczerpnięcia świeżego powietrza). Krasnoludki nie były ciekawe. Siedziały w swoich domkach, zajęte przeglądaniem garderoby. Całą zimę przekładały ubrania z półek na półki i wspominały nieudane wakacje z uwagi na panującą zarazę. Zaraza krążyła w powietrzu już od roku, że bez maski nie można było wychodzić z domków. Jedynie król wychodził na codzienne spacery, przyglądając się, czy wszystko jest dobrze zabezpieczone.
Król zauważył, że w cieplejsze dni jeże, jaszczurki i krety przesiadywały wyjątkowo długo przed drzwiami swoich kryjówek, wygrzewając się w promieniach słońca jakby na zapas. Tymczasem traszka od czasu do czasu gdzieś znikała i wracała z garścią suchego mchu, czy ze źdźbłem suchej trawy. Znosiła je w pobliże swojej kryjówki, jakby obawiała się powrotu mrozów. Król podziwiał jej zabieganie, spryt i pracowitość.
Traszka przyszła do Szkaradkowa sama, jeszcze przed nastaniem zimy. Król pozwolił jej zająć wolną komórkę przy szkaradkowej spiżarni. Przy okazji była pod jego okiem. Traszka była bardzo samodzielna i szybko zadomowiła się.
Marcowe dni mijały jeden za drugim. Tydzień uciekał za tygodniem. Nadszedł ostatni weekend. Rozpoczął się wyjątkowo. Zanim słońce pojawiło się na horyzoncie, na niebie rozłożyła się zorza poranna. Niczym półkolisty dywan pokryła lazur nieba odcieniami złota, pomarańczy i czerwieni. Słońce wchodziło na dywan niespiesznie, jakby podejrzliwie, czy nie spotka je jakaś przykra niespodzianka. Ale żadnej niespodzianki nie było, więc zszedłszy z dywanu, z radością rozpromieniło się z całą swoją mocą.
Okno tarasowe pałacowej sypialni króla Karola wychodziło prosto na wschód. Promienie słoneczne, odbijając się o szyby, wybiły króla za snu.
– Ojej! Cóż to się dzieje?
Zerwał się król z łóżka i nieubrany wybiegł przed pałac.
-Uffff – odsapnął. – Myślałem, że to jakiś pożar. – Która to może być godzina? – zamyślił się.
Zwykle określał godzinę wyciągając pionowo dłoń w stronę słońca, ale tym razem nie udało mu się, gdyż słońce nie dało na siebie patrzeć. Oślepiało i grzało, wręcz parzyło. Gorący wiatr uderzał w policzki króla. Z minuty na minutę robiło się coraz goręcej. Śnieg znikał w okamgnieniu, a woda od razu wsiąkała w ziemię.
– Niebywałe. Co za kocioł – zdumiony westchnął król i wrócił do pałacu. Po niedługim czasie jednak wyszedł na powietrze. Postanowił skorzystać z okazji, by przewietrzyć swoją brodę. Rozsiadł się na królewskiej ławie i palcami rozczesując długie włosy swojej siwej brody, rozglądał się wokoło.
Wkrótce wyszły ze swoich kryjówek jeże, jaszczurki i nawet traszka. Tylko krety nie wyszły. Siedziały w swoich norkach, obawiając się, że takie słońce może im zaszkodzić. Krasnoludki też nie wyszły. Po tygodniu nauki w szkole zajęte były pakowaniem plecaków na weekendową wycieczkę. Zleciały się wróble. Obudziły się muchy i pająki. Nawet trzmiel się pokazał. Tymczasem traszka znów rozpoczęła swój roboczy taniec, zapuszczając się w coraz dalsze miejsca. Król siedział na swojej ławce i obserwował to wielkie szkaradkowe zamieszanie.
Tymczasem nad Szkaradkowem pojawił się sokół. Król zauważył go, gdy przelatywał nad bajorkiem. Sokół pojawił się jeszcze raz, potem drugi i zniknął na dłuższą chwilę. Król denerwował się, że może poluje na traszkę, która już dłuższy czas nie wracała. Obawiał się także o inne stworzenia szkaradkowe, które wylegiwały się leniwie przed swoimi domkami, żeby nie padły jego ofiarą.
Sokół powrócił. Usiadł na czubku wysokiej brzozy i skierowawszy wzrok w stronę bajorka nieruchomo patrzył w jego stronę. Królowi dech zaparło.
Zerwał się z ławki tak szybko, że poruszone jego zachowaniem jeże i jaszczurki, uciekły do swoich kryjówek. Wróble schowały się w krzaki. Król ruszył w stronę bajorka z zamiarem ratowania traszki. Tymczasem zadziały się rzeczy, których on (król) nigdy nie doświadczył i nie mógł ich przewidzieć. W miarę jak zbliżał się do bajorka, słońce gasło. Robiło się coraz ciemniej, ale zdążył ją znaleźć. Stała na zielonym mostku i patrzyła w stronę sokoła ciągle siedzącego nieruchomo na czubku brzozy. Jeszcze tylko trzy kroki, jeszcze dwa. Już była niemal na wyciągnięcie jego ręki. Jeszcze tylko jeden krok i ją uratuje. Patrzył na nią i już wyciągał po nią rękę. Na zielonym mostku zdarzyła się rzecz niezwykła. Na oczach króla traszka zaczęła rosnąć. Rosła szybko, aż zamieniła się w wielkiego smoka, że ledwo na tym mostku mieściła się. I wtedy zrobiło się całkiem ciemno. Słońce zgasło. Było tak ciemno, że król nigdy tak ciemnej nocy nie widział. Wszystko zamilkło. Wiatr ustał. Cień króla zniknął, a cień smoka ukrył się pod mostkiem. Był środek dnia. Samo południe. Nagle w tej ciemności rozległ się głośny skowyt (ghiii – ghiii). W sekundzie sokół znalazł się nad bajorkiem. Trzepotem piór zamieszał powietrzem i zawisł nad zielonym mostkiem. Smok przeszył go wzrokiem i zionął ogniem w stronę słońca, aż je zapalił. Sokół bezszelestnie zniknął w okamgnieniu. Słońce się rozpaliło. Zaczęło się rozjaśniać. Smok zaczął się kurczyć, aż stał się ponownie traszką.
Powoli świat powrócił do życia, tylko król stał jak skamieniały.
Traszka, zobaczywszy króla, przywitała go z uśmiechem:
– Piękny dzisiaj mamy dzień, królu. Prawda?
Król odpowiedział jej, odwzajemniając uśmiech:
– Tak. Wiosna przyszła z przytupem.
Uśmiechnęli się do siebie jeszcze raz, a król dopowiedział:
– Dawno nie rozmawialiśmy. Prawda? Zapraszam do pałacu.
– Jestem do usług, królu – odpowiedziała traszka i zniknęła w toni bajorka.
Wrócił król do pałacu. Nałożył na głowę koronę, usiadł na królewskim tronie i przymknął oczy. W ciszy rozmyślał nad tym, co się stało. Widział dokładnie, co wydarzyło się na zielonym mostku bajorka. Ale czy ona go wtedy widziała?
Jak miałby z nią rozmawiać, żeby nie odkryć sekretu?
Traszka długo nie przychodziła. Zapukała do drzwi pałacu, gdy już ściemniło się.
– Jestem, królu. Jestem do usług – skinęła głową.
– Jako król Szkaradkowa jestem odpowiedzialny za bezpieczeństwo wszystkich jego mieszkańców. Nasze królestwo jest dobrze zorganizowane, wszystkie powołane służby mają określone zadania. Co nie znaczy, że wszystko jest doskonałe. Wzmocnienia potrzebuje służba pożarnicza – powiedział król jakby kierując wyzwanie do traszki.
Traszka na znak, że zrozumiała wypowiedź króla, kiwnęła głową dodając:
– Jestem do usług, królu.
– Czy mogę mianować ciebie komendantem tej służby? – zapytał król.
– Ogniomistrz Traszka do usług jego wysokości – ukłoniła się traszka z uśmiechem przyjmując propozycję króla.
– Syrena alarmowa… wisi na wejściu do pałacu. Używamy jej w razie potrzeby… Gdybyś potrzebował pomocników, będą do twojej dyspozycji w każdym momencie – zapewnił król i po chwili dodał: – W razie potrzeby zbiórka przy zielonym mostku – zakończył swoją wypowiedź.
– Do usług, królu – traszka ponownie skinęła głową na znak, że przyjęła propozycję i skierowała się do wyjścia z pałacu.
– Dobranoc, królu.
– Dobranoc, ogniomistrzu Traszka – odpowiedział król.
Traszka wychodząc z pałacu uważnie, żeby nie wywołać alarmu, dotknęła „syreny alarmowej”. Jej delikatny dźwięk rozszedł się w ciemności, jak kołysanka na dobranoc. Spojrzała w niebo. Było granatowe jak sok jagodowy. Księżyc, jak srebrny sierp, wisiał nad pałacem królewskim, a kolorowe migające gwiazdy rozjaśniały przestrzeń. Traszka uśmiechnęła się do nich i weszła do swojej komórki.
Minął okrągły rok. Nadeszła wiosna. Śnieg zniknął. Latarnik podczas nocnej służby zaniepokoił się dochodzącym zapachem dymu. Było ciemno. Gwiazdy przybladły, a księżyc, jak zużyty sierp, ledwo oświetlał okolice. Trudno mu było rozpoznać, z jakiego kierunku ciągnął się dym, choć ustawiał nos na wszystkie strony świata. Nagle, z jakiejś nieznanej mu głębi przestrzeni, usłyszał znajomy głos: „Ilekroć będziesz chciał coś ważnego zobaczyć, połóż mnie na lewej ręce”. Latarnik przypomniał sobie ten głos i natychmiast sięgnął do głębokiej kieszeni po bezbarwną przezroczystą małą kuleczkę, która była jego amuletem. Wyciągnął lewą rękę, położył na niej kuleczkę i powoli obracając się przyglądał się jej uważnie. Gdy jego środkowy palec skierował się na pobliski las, kulka nagle zaświeciła i zobaczył w niej języki ognia. Natychmiast pobiegł do pałacu i obudził króla:
– Co się dzieje, że budzisz mnie w środku nocy? – zeskoczył król z łóżka na równe nogi.
– Królu! Pali się las. Tam na polanie jest schronisko dla bezdomnych i głodnych zwierząt. Trzeba je ratować.
Król wybiegł z pałacu i włączył syrenę alarmową. Natychmiast przybiegła traszka.
– Pali się las. Tam na polanie jest schronisko dla bezdomnych i głodnych zwierząt. Trzeba je ratować – król powtórzył słowa Latarnika.
– Powiadomię Różyczkę, jest pielęgniarką. I Muchomorka – odezwał się Latarnik .
– Ty, Latarniku, też możesz być potrzebny – dodała traszka. – Wszyscy zbiórka przy zielonym mostku przy bajorku.
To co stało się przy mostku i co widzieli na własne oczy Latarnik, Różyczka i Muchomorek, przeszło ich wszelką wyobraźnię. A król stał przy nich spokojnie spoglądając na traszkę. Traszka stanęła na brzegu bajorka, zanurzyła pyszczek w wodzie i zaczęła pić. Piła aż zostało w bajorku niewiele wody, a jej brzuch był tak wielki, jak balon. Wtedy król (spokojnie) nakazał im zająć miejsca na grzbiecie traszki. Gdy wszyscy byli gotowi, traszka uniosła się w górę i odleciała w stronę, którą wskazał latarnik. Nad lasem dym gęstniał, ale ognia nie było widać. Wylądowali na środku polany. Zaniepokojone zwierzęta zgromadziły się na jej środku. Wokół polany były rozstawione paśniki, poidła, lizawki, a nawet karmniki dla ptaków. Krasnoludki rozejrzały się po polanie i zauważyły języki ognia, które przedostawały się na polanę. Już zajęły dwa paśniki. Zwierzęta skupiły się jeszcze bardziej ku sobie. Traszka natychmiast skierowała strumień wody w ogień i całą swoją mocą wylała z siebie wodę. Zasyczała para wodna. Ogniste języki zgasły. Zgromadzone zwierzęta rozstąpiły się, a zmęczona i skurczona traszka resztą sił podeszła do poidła z wodą i usiadła na jego krawędzi. Przysiadły się do niej też krasnoludki. A gdy odpoczęli, latarnik wziął na ręce traszkę i wszyscy razem wyruszyli pieszo do Szkaradkowa.
