Łabędź

Ledwo zakończył się rok szkolny, szkaradkowe krasnoludki natychmiast wyciągnęły z plecaków zeszyty i ołówki, żeby przygotować je na wycieczkę. Plecaki trzeba było poprać, wysuszyć i spakować. W domkach posprzątać . Pracy było dużo, a czasu mało. Ale Wario nie spieszył się. Najczęściej przesiadywał na zielonej ławce pod wysoką brzozą i przyglądał się niebu.

Któregoś wieczoru przysiadł się do niego Mario:

– Wario, dlaczego nie pakujesz swojego plecaka? – zapytał zaniepokojony.

Wario jakby go nie widział. Nawet nie ruszył się z miejsca. Siedział zamyślony i nadal patrzył w niebo z kolorowymi migającymi gwiazdami i na lśniący księżyc jak wypolerowany srebrny talerz.

Wario i Mario byli bliźniakami. Żeby ich nie mylono, król Karol zarządził znak rozpoznawczy. Miał nim być mały warkoczyk przy uchu, spleciony z kilku włosów z brody. Wario miał go nosić przy prawym uchu, a Mario przy lewym. Niby było to mądre rozwiązanie, ale nie zawsze zdawało egzamin, gdyż warkoczyki często same się rozplatały.

Wario i Mario w Szkaradkowie znaleźli się przypadkiem. Prawdę o nich znał tylko sam król. Natomiast o tym, że te krasnoludki w żółtych czapkach przybyły na Ziemię z kosmosu, wiedział każdy.

Nie doczekawszy się odpowiedzi Mario delikatnie ponowił swoje pytanie:

– Dlaczego nie szykujesz swojego plecaka? Wychodzimy za kilka dni.

Wario nadal nie odzywał się, więc Mario postanowił powiedzieć mu prosto do ucha, ale szeptem:

-To będzie wycieczka dookoła świata. Trzeba porządnie spakować się.

Ale Wario, zawiesiwszy wzrok na gwiazdach, nadal nie odpowiadał.

– Wario, dlaczego jesteś taki smutny? – dopytywał zmartwionym głosem.

Po długim namyśle Wario przestał patrzeć w niebo i spojrzał na siedzącego obok Mario leniwym wzrokiem.

– Powiem ci szczerze, że wolałbym nie iść na tę kolejną wycieczkę dookoła świata – odpowiedział przygnębiony, zaznaczając słowo „kolejną”.

– Coś się stało? Może jesteś chory? Powiedz mi prawdę – dopytywał Mario.

– Nie, nie jestem chory, ale czy my zawsze musimy robić to, co zaplanował nam nasz król?- zapytał poddenerwowany Wario.

– Wario? Chcesz się sprzeciwić królowi? – zdziwił się Mario. – Wszak on nas uratował. Przyjął nas do swego królestwa. Możemy chodzić do szkoły. Możemy poznawać tajniki „tego” świata – dziwił się Mario mocno akcentując słowo „tego”.

– Mario! Ja to wszystko rozumiem i jestem wdzięczny królowi, że zaopiekował się nami. Ale na tę wycieczkę nie chce mi się iść i koniec – odpowiedział stanowczo Wario.

– Możesz nie iść, ale to nie jest dobry pomysł, żeby zostawać samemu na „bezludnej wyspie” wiele dni – stwierdził Mario uśmiechając. – To nawet niebezpieczne – dodał.

– To zostań ze mną – zaproponował Wario.

Zamilkli. Długo patrzyli się na siebie, który pierwszy zdecyduje się na kontynuowanie rozmowy.

– Pamiętasz, jak pan Profesor objaśniał nam niebo? – przerwał milczenie Wario. – Jak pokazał nam Drogę Mleczną, Gwiazdę Polarną, Wielki Wóz, Niedźwiedzice…

– Tak. To była bardzo ciekawa lekcja – włączył się Mario, kierując swój wzrok w stronę rozświetlonej gwiazdami granatowej kopuły nieba.

– A pamiętasz jego odpowiedź, gdy poprosiłem, żeby pokazał nam naszą planetę? – zapytał zagadkowo Wario akcentując słowo „naszą”.

– Pamiętam. Wtedy naszej Shade z Ziemi nie było widać – spokojnie odpowiedział Mario przyglądając się niebu.

– Tak. Nasza Shade jest gdzieś tam … na samym końcu Drogi Mlecznej.

I Wario prawą ręką przejechał całą Drogę Mleczną z lewego końca na prawy.

– A widzisz nad nami Łabędzia? – kontynuował Wario. – Widzisz, jak on przemieszcza się nad Drogą Mleczną?

I znów Wario wyciągnął prawą rękę i wskazującym palcem, niczym wskaźnikiem teleskopowym pana Profesora, zakreślił nad swoją głową znak krzyża:

– To jest Łabędź – powiedział do Mario i znów zamyślił się wpatrzony w niebo. Mario też nie odrywał wzroku od gwiazd.

– Gdybym tak mógł wsiąść na tego łabędzia … poleciałbym Drogą Mleczną na naszą planetę… I już nigdy bym jej nie opuścił – rozmarzył się Wario.

Mario opuścił głowę i spojrzał na niego:

– Ja też bardzo tęsknię za naszą Shade – wyszeptał – Też chciałbym wrócić do domu.

Spojrzeli się na siebie, a ich żółte czapki w świetle gwiazd, zaświeciły jak czyste złoto. Z kopuły nieba odbiło się dźwięczne echo i wróciło na ziemię:

– Do jutra !! – usłyszeli.

– Słyszałeś Mario ten dziwny głos? – odezwał się Wario.

Mario nie odezwał się, ale przytaknął głową.

Na chwilę zaniemówili z wrażenia. Rozmowę podjął Wario:

– To co, Mario? Do jutra! – z uśmiechem zwrócił się do niego.

Następnego dnia, zanim na dobrze się ściemniło, Mario i Wario wrócili pod brzozę. Usiedli na zielonej ławce i w milczeniu czekali na coś, co miałoby się wydarzyć. Długo patrzyli w niebo i czekali. Ale nic się nie działo. Powoli zaczęło się chmurzyć. Niebo pociemniało.

– Chyba zbiera się na burzę, lepiej wracajmy – odważył się odezwać Mario.

Wstali z zielonej ławki i już mieli odejść, ale Wario zauważył na ziemi pod brzozą coś, co nigdy tam nie leżało.

– Mario! Czy to aby nie jest jajko? – zapytał podniósłszy je z ziemi.

– Jajko – stwierdził Mario. – Jakie duże. Akurat na jajecznicę dla nas.

– Zgłupiałeś? Takie jajko na jajecznicę? – zdenerwował się Wario.

– A na co innego? Wysiedzisz je? – zakpił sobie z niego i z jajka.

– Niech król zdecyduje, co z nim zrobić – postanowił Wario.

Poszły dwa krasnoludki z żółtymi czapkami do króla na naradę, co zrobić z tak dużym jajkiem. Król obejrzał jajko z różnych stron, pomedytował i odpowiedział krasnoludkom:

– Nie wiemy czyje to jajko. Jak je zjemy, to nigdy nie dowiemy się, jaki ptak je zgubił… a może podrzucił… Najlepiej, jak nim się zaopiekujemy, aż pisklę się wykluje – stwierdził.

– Ja się nim zaopiekuję – natychmiast zgłosił się Wario.

– Zostanę z tobą – zadeklarował się Mario.

I tak Wario i Mario zostali w Szkaradkowie, gdy tymczasem wszystkie krasnoludki z królem na czele, wyruszyły na wycieczkę dookoła świata.

Jajko zostało ułożone w jaskini, którą lata wcześniej zamieszkiwał Szczurek. Była ona w kształcie igloo od podłogi do sufitu i była wyłożona błyszczącymi muszlami. Na podłodze leżał wysuszony mech. Wario i Mario zamieszkali z jajkiem. Światłem łuczywa i ciepłem jego płomieni rozgrzewali wnętrze jaskini przez wiele dni i wiele tygodni. Aż któregoś dnia, zanim wzeszło słońce, usłyszeli dziwne pukanie. Zerwali się na równe nogi. Z jajka powoli wygramoliło się pisklę. Było mokre, brązowe, miało czarniawy dzióbek i czarne łapki.

– Udało się – z niedowierzaniem wyszeptał Wario.

– Z wyglądu przypomina mi kaczkę-krzyżówkę. Ale może się mylę – podsunął swoją myśl Mario.

Wario nie odzywał się. Przyglądał się pisklęciu i rozdmuchiwał mu pozlepiany puch, rozczesując go palcami od czasu do czasu.

– Trzeba malucha nakarmić – znów odezwał się Mario. – Pójdę, może znajdę dla niego coś dietetycznego, a ty go pilnuj, żeby nie wyszedł z jaskini, bo chętnych na takie śniadanie nie zabraknie – oświadczył Mario i wyszedł w poszukiwaniu pokarmu dla malucha. Przyniósł wszystko co znalazł w Szkaradkowie i przy bajorku.

– Wybierze, co mu będzie smakowało – powiedział i zwrócił się do Wario. – Będzie jeszcze potrzebował wody. Zorganizuj coś – polecił, jakby chcąc pokazać, że on już swoje zadanie wykonał i teraz kolej na niego.

Wario wyszedł z jaskini. Wrócił z małą, niską miseczką pełną wody i uważnie postawił ją na mechatej podłodze. Gdy zamierzał wziąć pisklę w rękę i wstawić je do baseniku, ono samo wskoczyło do wody.

– Jaki spryciarz – uśmiechnął się pod nosem dodając: – To chyba rzeczywiście jest kaczka-krzyżówka.

Krasnoludki doskonale znały te kaczki, ale już jako dorosłe ptaki. Przelatywały często nad Szkaradkowem, wykrzykując swoje kwak-kwak-kwak. Nierzadko zatrzymywały się przy bajorku. Nawet kąpały się w nim.

– Szkoda, że to nie łabędź – powiedział Mario.

– Złośliwy jesteś, Mario – zdenerwował się Wario na zachowanie Maria.

– Przepraszam, jeśli cię zdenerwowałem. Ja naprawdę chciałem, żeby to był łabędź i żeby zabrał nas do domu – usprawiedliwiał się Mario.

– Ciekawe, co na to powie król, jak wróci z wycieczki dookoła świata – powiedział Wario zmieniając temat.

Dzień za dniem mijały szybko. Pisklę rosło jak na drożdżach, że krasnoludki nawet nie zauważyły, jak jego puch zamienił się w piórka. Kiedy już pisklę nie mieściło się w miseczce z wodą, zaniosły je do bajorka. Postawiły na zielonej kładce i odeszły. Pisklę w mgnieniu oka wskoczyło do wody i zniknęło im z oczu. Nawet na noc nie wróciło do jaskini.

Krasnoludki próbowały zapomnieć o pisklęciu. Nie rozmawiały ze sobą na jego temat. Wieczorami siadywały pod brzozą na zielonej ławce i godzinami patrzyli w niebo, wspominając lekcje pana Profesora.

– Orzeł też ma duże skrzydła – pewnego razu zauważył Wario.

– Gdyby nas teraz porwał … – z przerażoną miną skomentował Mario.

Wario spojrzał na niego uspokajająco i z uśmiechem dodał:

– To dopiero byłaby wycieczka dookoła świata.

Pod koniec wakacji wróciły krasnoludki z wycieczki dookoła świata. Pomimo zmęczenia podróżą, natychmiast opróżniły swoje plecaki, żeby przygotować je do szkoły. Plecaki trzeba było poprać, wysuszyć, spakować zeszyty i ołówki i przewietrzyć domki. Pracy było dużo.

Następnego dnia po powrocie z wycieczki król Karol umówił się z panem Profesorem, żeby uzgodnić program nauczania na nowy rok szkolny. Mieli spotkać się w szkole. Ale zanim król doszedł do szkoły, spotkał po drodze dwa krasnoludki w żółtych czapkach:

– O!! Mario i Wario. Co z waszym jajkiem? – zapytał.

– Odleciało – niby żartem odpowiedział Mario.

– Odleciało? – zapytał król zdziwiony.

– Tak. To była kaczka-krzyżówka – odpowiedział Wario.

Król zamyślił się, uśmiechnął się pod nosem, po czym zwrócił się do nich z pocieszającą odpowiedzią:

– Czy to kaczki, czy to dzieci, gdy przychodzi czas, wszyscy opuszczamy rodzinne pielesze.

Łzy popłynęły po policzkach krasnoludkom, ale nie zdradziły królowi swojego marzenia.

Minęło piękne lato. Minęła piękna polska złota jesień i biała zima. Zagościła na krótko kolorowa wiosna. Nadeszło kolejne lato. Krasnoludki zakończyły rok szkolny i szykowały się na wakacyjną wycieczkę. Nie miały jeszcze planu, dokąd pójdą. Z tej racji król Karol zwołał wszystkie krasnoludki przed bramą Szkaradkowa, żeby przedyskutować trasę wycieczki. Propozycji było bardzo dużo, tylko Wario i Mario nie odzywali się.

– Wario i Mario! A jaką wy macie propozycję na te wakacje? – zapytał król.

Krasnoludki milczały. Król patrzył na nich pytająco.

– Mario! Powiedz mi na ucho, co ci się marzy – zachęcił król.

Mario nawet nie ruszył się z miejsca. Patrzył na króla i milczał.

– A ty, Wario, zdradzisz mi swój sekret – zwrócił się król do drugiego krasnoludka. Ale Wario też stał i milczał.

Król patrzył na nich, a oni na króla, aż podglądająca ich sójka z wysokiego świerku narobiła wrzasku i zwróciła na siebie uwagę. Wario i Mario w milczeniu spojrzeli na siebie, a potem na sójkę. Sójka poderwała się i uciekła w stronę czarnej sosny, jeszcze wyższej od świerku. Lekki wiatr delikatnie przesuwał chmurki, niczym pionki na szachownicy, aż błękit opanował całe niebo. I wtedy od strony czarnej sosny nadleciał duży biały łabędź z piękną złotą koroną na głowie. Stanął przed królem i nisko mu się kłaniając przemówił:

– Królu Karolu. Przepraszam za zamieszanie. Przyleciałem po Mario i Wario. Rok temu nie mogłem ich zabrać. Pozwolisz, królu, że teraz spakują swoje plecaki.

Łabędź powiedział tak pewnym głosem, jakby dobrze znał się z królem. Król Karol uśmiechnął się do niego i zapytał:

– Dokąd ich zabierasz, łabędzi królu?

– Chcą wrócić do domu. Na swoją planetę Shade.

– Rozumiem – odpowiedział król kiwając przytakująco głową. – Życzę wam szerokiego nieba i pomyślnych wiatrów – dopowiedział.

Łabędzi król nie czekał długo na pasażerów. Gdy krasnoludki z wypchanymi plecakami już zajęły swoje miejscówki, król Karol jeszcze do nich zawołał:

– Tylko dobrze trzymajcie się skrzydeł! – dodając po cichu jakby tylko do siebie – Mario i Wario.