Łabędź

Ledwo zakończył się rok szkolny, szkaradkowe krasnoludki natychmiast wyciągnęły z plecaków zeszyty i ołówki, żeby przygotować je na wycieczkę. Plecaki trzeba było poprać, wysuszyć i spakować, a w domkach posprzątać . Pracy było dużo, a czasu mało. Ale Pedro nie spieszył się. Najczęściej przesiadywał na zielonej ławce pod wysoką brzozą i przyglądał się niebu.

Któregoś wieczoru przysiadł się do niego Paulo:

– Pedro, dlaczego nie pakujesz swojego plecaka? – zapytał zaniepokojony.

Pedro jakby go nie widział. Nawet nie ruszył się z miejsca. Siedział zamyślony i nadal patrzył w niebo z kolorowymi, migającymi gwiazdami i na księżyc, który wyglądał jak wypolerowany srebrny talerz.

Pedro i Paulo byli bliźniakami. Żeby ich nie mylono, król Karol zarządził znak rozpoznawczy. Miał nim być mały warkoczyk przy uchu, spleciony z kilku włosów z brody. Pedro miał go nosić przy prawym uchu, a Paulo przy lewym. Niby było to mądre rozwiązanie, ale nie zawsze zdawało egzamin, gdyż warkoczyki często same się rozplatały.

Pedro i Paulo w Szkaradkowie znaleźli się przypadkiem. Prawdę o nich znał tylko sam król. Natomiast o tym, że te krasnoludki w żółtych czapkach przybyły na Ziemię z kosmosu, wiedział każdy.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, Paulo delikatnie ponowił pytanie:

– Dlaczego nie szykujesz plecaka? Wychodzimy za kilka dni.

Pedro wciąż milczał, więc Paulo postanowił szepnąć mu prosto do ucha:

-To będzie wycieczka dookoła świata. Trzeba się porządnie spakować.

Ale Pedro, zawiesiwszy wzrok na gwiazdach, nadal nie odpowiadał.

– Pedro, dlaczego jesteś taki smutny? – dopytywał zmartwionym głosem.

Po długim namyśle Pedro przestał patrzeć w niebo i spojrzał na siedzącego obok Paulo leniwym wzrokiem.

– Powiem ci szczerze, że wolałbym nie iść na tę kolejną wycieczkę dookoła świata – odpowiedział przygnębiony, zaznaczając słowo „kolejną”.

– Coś się stało? Może jesteś chory? Powiedz mi prawdę – dopytywał Paulo.

– Nie, nie jestem chory, ale czy my zawsze musimy robić to, co zaplanował nam nasz król?- zapytał poddenerwowany Pedro.

– Pedro? Chcesz się sprzeciwić królowi? – zdziwił się Paulo. – Wszak on nas uratował. Przyjął nas do swego królestwa. Możemy chodzić do szkoły. Możemy poznawać tajniki „tego” świata – dziwił się Paulo, mocno akcentując słowo „tego”.

– Paulo! Ja to wszystko rozumiem i jestem wdzięczny królowi, że zaopiekował się nami. Ale na tę wycieczkę nie chce mi się iść i koniec – odpowiedział stanowczo Pedro.

– Możesz nie iść, ale to nie jest dobry pomysł, żeby zostawać samemu na „bezludnej wyspie” przez wiele dni – stwierdził Paulo uśmiechając. – To nawet niebezpieczne – dodał.

– To zostań ze mną – zaproponował Pedro.

Zamilkli. Patrzyli na siebie długo, czekając, który pierwszy zdecyduje się kontynuować rozmowę.

– Pamiętasz, jak pan Profesor objaśniał nam niebo? – przerwał milczenie Pedro. – Jak pokazał nam Drogę Mleczną, Gwiazdę Polarną, Wielki Wóz, Niedźwiedzice…

– Tak. To była bardzo ciekawa lekcja – włączył się Paulo, kierując wzrok w stronę rozświetlonej gwiazdami granatowej kopuły nieba.

– A pamiętasz jego odpowiedź, gdy poprosiłem, żeby pokazał nam naszą planetę? – zapytał zagadkowo Pedro.

– Pamiętam. Ale wtedy naszej Shade z Ziemi nie było widać – spokojnie odpowiedział Paulo przyglądając się niebu.

– Tak. Nasza Shade jest gdzieś tam … na samym końcu Drogi Mlecznej.

Pedro prawą ręką zatoczył łuk wzdłuż Drogi Mlecznej.

– A widzisz nad nami Łabędzia? – kontynuował. – Widzisz, jak przemieszcza się nad Drogą Mleczną?

I znów Pedro wyciągnął prawą rękę i wskazującym palcem, niczym wskaźnikiem teleskopowym pana Profesora, zakreślił nad swoją głową znak krzyża:

– To jest Łabędź – powiedział do Paulo i zamyślił się, wpatrzony w niebo. Paulo też nie odrywał wzroku od gwiazd.

– Gdybym tak mógł wsiąść na tego Łabędzia … poleciałbym Drogą Mleczną na naszą planetę… I już nigdy bym jej nie opuścił – rozmarzył się Pedro.

Paulo opuścił głowę i spojrzał na niego:

– Ja też bardzo tęsknię za naszą Shade – wyszeptał – Też chciałbym wrócić do domu.

Spojrzeli na siebie, a ich żółte czapki w świetle gwiazd zaświeciły jak czyste złoto. Z kopuły nieba odbiło się dźwięczne echo i wróciło na ziemię:

– Do jutra !! – usłyszeli.

– Słyszałeś, Paulo, ten dziwny głos? – odezwał się Pedro.

Paulo nie odpowiadał, jedynie przytaknął głową.

Przez chwilę obaj milczeli z wrażenia. W końcu Pedro podjął rozmowę:

– To co, Paulo? Do jutra! – zwrócił się do niego z uśmiechem.

Następnego dnia, zanim na dobre się ściemniło, Pedro i Paulo wrócili pod brzozę. Usiedli na zielonej ławce i w milczeniu czekali na to, co miało się wydarzyć. Długo patrzyli w niebo, ale nic się nie działo. Powoli zaczęło się chmurzyć, a niebo pociemniało.

– Chyba zbiera się na burzę, lepiej wracajmy – odważył się odezwać Paulo.

Wstali z zielonej ławki i już mieli odejść, gdy Pedro zauważył na ziemi pod brzozą coś, czego nigdy tam nie było.

– Paulo! Czy to nie jest jajko? – zapytał, podnosząc znalezisko.

– Jajko – stwierdził Paulo. – Jakie duże! Akurat na jajecznicę dla nas.

– Zgłupiałeś? Takie jajko na jajecznicę? – zdenerwował się Pedro.

– A na co innego? Wysiedzisz je? – zakpił z brata.

– Niech król zdecyduje, co z nim zrobić – postanowił Pedro.

Poszły więc dwa krasnoludki z żółtymi czapkami do króla na naradę. Król obejrzał jajo z każdej strony, pomedytował i odpowiedział:

– Nie wiemy czyje ono jest. Jeśli je zjemy, nigdy nie dowiemy się, jaki ptak je zgubił… a może podrzucił. Najlepiej będzie, jak się nim zaopiekujemy, aż pisklę się wykluje.

– Ja się nim zaopiekuję – natychmiast zgłosił się Pedro.

– Zostanę z tobą – zadeklarował Paulo.

I tak Pedro i Paulo zostali w Szkaradkowie, gdy tymczasem wszystkie krasnoludki z królem na czele, wyruszyły na wycieczkę dookoła świata.

Jajko ułożono w jaskini, którą lata wcześniej zamieszkiwał Szczurek. Miała ona kształt igloo i od podłogi aż po sufit i wyłożona była błyszczącymi muszlami. Pedro i Paulo zamieszkali tam razem z jajkiem. Światłem łuczywa i ciepłem jego płomieni rozgrzewali wnętrze jaskini przez wiele dni i wiele tygodni. Aż któregoś dnia, jeszcze przed wschodem słońca, usłyszeli dziwne pukanie.

Zerwali się na równe nogi. Z jajka powoli wygramoliło się pisklę. Było mokre, brązowe, miało czarniawy dzióbek i czarne łapki.

– Udało się – powiedział z niedowierzaniem Pedro.

– Z wyglądu przypomina mi kaczkę krzyżówkę, ale może się mylę – podsunął swoją myśl Paulo.

Pedro nie odzywał się. Przyglądał się pisklęciu i rozdmuchiwał mu pozlepiany puch, co jakiś czas rozczesując go palcami.

– Trzeba malucha nakarmić – znów odezwał się Paulo. – Pójdę, może znajdę dla niego coś dietetycznego, a ty go pilnuj, żeby nie wyszedł z jaskini, bo chętnych na takie śniadanie nie zabraknie – oświadczył i ruszył w poszukiwaniu pokarmu dla malucha.

Przyniósł wszystko co znalazł w Szkaradkowie i przy bajorku.

– Wybierze, co mu będzie smakowało – powiedział, po czym zwrócił się do Pedro. – Będzie jeszcze potrzebował wody. Zorganizuj coś – polecił, jakby chcąc pokazać, że on już swoje zadanie wykonał i teraz kolej na Pedra.

Pedro wyszedł z jaskini. Wrócił z małą miseczką pełną wody i ostrożnie postawił ją na mszystym podłożu. Gdy zamierzał wziąć pisklę w ręce i wstawić je do baseniku, ono samo wskoczyło do wody.

– Jaki spryciarz – uśmiechnął się pod nosem, dodając: – To chyba rzeczywiście kaczka krzyżówka.

Krasnoludki doskonale znały te kaczki, ale już jako dorosłe ptaki. Często przelatywały nad Szkaradkowem, wykrzykując swoje kwak-kwak-kwak. Nierzadko zatrzymywały się przy bajorku, a nawet kąpały się w nim.

– Szkoda, że to nie Łabędź – powiedział Paulo.

– Złośliwy jesteś, Paulo – obruszył się Pedro, poirytowany zachowaniem brata.

– Przepraszam, jeśli cię zdenerwowałem. Naprawdę chciałem, żeby to był Łabędź i żeby zabrał nas do domu – usprawiedliwiał się Paulo.

– Ciekawe, co powie król, gdy wróci z wycieczki dookoła świata – powiedział Pedro zmieniając temat.

Dni mijały szybko. Pisklę rosło tak prędko, że krasnoludki nawet nie zauważyły, kiedy jego puch zamienił się w pióra. Gdy przestało mieścić się w miseczce z wodą, zanieśli je do bajorka. Postawili ptaka na zielonej kładce, a ten w mgnieniu oka wskoczył do wody i zniknął im z oczu. Na noc również nie wrócił do jaskini.

Krasnoludki próbowały zapomnieć o pisklęciu. Nie rozmawiały ze sobą na jego temat. Wieczorami siadywały pod brzozą na zielonej ławce i godzinami patrzyły w niebo, wspominając lekcje pana Profesora.

– Orzeł też ma duże skrzydła – pewnego razu zauważył Pedro.

– Gdyby nas teraz porwał… – z przerażoną miną skomentował Paulo.

Pedro spojrzał na niego uspokajająco i z uśmiechem dodał:

– To dopiero byłaby wycieczka dookoła świata.

Pod koniec wakacji wróciły krasnoludki z wycieczki dookoła świata. Pomimo zmęczenia podróżą natychmiast opróżniły swoje plecaki, żeby przygotować je do szkoły. Plecaki trzeba było poprać, wysuszyć, spakować zeszyty i ołówki i przewietrzyć domki. Pracy było dużo.

Następnego dnia po powrocie z wycieczki król Karol umówił się z panem Profesorem, żeby uzgodnić program nauczania na nowy rok szkolny. Mieli spotkać się w szkole. Ale zanim król doszedł do szkoły, spotkał po drodze dwa krasnoludki w żółtych czapkach:

– O!! Paulo i Pedro. Co z waszym jajkiem? – zapytał.

– Odleciało – niby żartem odpowiedział Paulo.

– Odleciało? – zapytał król zdziwiony.

– Tak. To była kaczka krzyżówka – odpowiedział Pedro.

Król zamyślił się, uśmiechnął się pod nosem, po czym zwrócił się do nich z pocieszającą odpowiedzią:

– Czy to kaczki, czy to dzieci, gdy przychodzi czas, wszyscy opuszczamy rodzinne pielesze.

Łzy popłynęły po policzkach krasnoludkom, ale nie zdradziły królowi swojego marzenia.

Minęło piękne lato. Minęła piękna polska złota jesień i biała zima. Zagościła na krótko kolorowa wiosna. Nadeszło kolejne lato. Krasnoludki zakończyły rok szkolny i szykowały się na wakacyjną wycieczkę. Nie miały jeszcze planu, dokąd pójdą. Z tej racji król Karol zwołał wszystkie krasnoludki przed bramą Szkaradkowa, żeby przedyskutować trasę wycieczki. Propozycji było bardzo dużo, tylko Pedro i Paulo nie odzywali się.

– Pedro i Paulo! A jaką wy macie propozycję na te wakacje? – zapytał król.

Krasnoludki milczały. Król patrzył na nich pytająco.

– Paulo! Powiedz mi na ucho, co ci się marzy – zachęcił król.

Paulo nawet nie ruszył się z miejsca. Patrzył na króla i milczał.

– A ty, Pedro, zdradzisz mi swój sekret ?– zwrócił się król do drugiego krasnoludka. Ale Pedro też stał i milczał.

Król patrzył na nich, a oni na króla, aż podglądająca ich sójka z wysokiego świerku narobiła wrzasku i zwróciła na siebie uwagę. Pedro i Paulo w milczeniu spojrzeli na siebie, a potem na sójkę. Sójka poderwała się i uciekła w stronę czarnej sosny, jeszcze wyższej od świerku. Lekki wiatr delikatnie przesuwał chmurki, niczym pionki na szachownicy, aż błękit opanował całe niebo. I wtedy od strony czarnej sosny nadleciał Łabędź z piękną złotą koroną na głowie. Stanął przed królem i nisko mu się kłaniając przemówił:

– Królu Karolu. Przepraszam za zamieszanie. Przyleciałem po Paulo i Pedro. Rok temu nie mogłem ich zabrać. Pozwolisz królu, że teraz spakują swoje plecaki.

Łabędź powiedział tak pewnym głosem, jakby dobrze znał się z królem. Król Karol uśmiechnął się do niego i zapytał:

– Dokąd ich zabierasz, łabędzi królu?

– Chcą wrócić do domu. Na swoją planetę Shade.

– Rozumiem – odpowiedział król kiwając przytakująco głową. – Życzę wam szerokiego nieba i pomyślnych wiatrów – dopowiedział.

Łabędź nie czekał długo na pasażerów. Gdy krasnoludki z wypchanymi plecakami już zajęły swoje miejscówki, król Karol jeszcze do nich zawołał:

– Tylko dobrze trzymajcie się skrzydeł! – dodając po cichu jakby tylko do siebie – Paulo i Pedro.