Wilczek

Odkąd w Szkaradkowie zamieszkały krasnoludki i wszelkie inne stworzenia, ta noc nie była podobna do żadnej innej zimowej nocy.

Jeszcze przed Nowym Rokiem od strony lasu dochodził cichy głos, przypominający płacz dziecka. Z dnia na dzień ten głos był coraz bardziej donośny. Nie wszystkie krasnoludki miały tak wrażliwe ucho, by odróżnić ten płacz od głosu wiatru, który o tej porze potrafił zawodzić, jęczeć, huczeć, a nawet wyć. Ale krasnoludek Gabriel, który był grajkiem na dworze króla Karola, miał wyjątkowy słuch. Wsłuchiwał się w niego wieczorami próbując sobie wyjaśnić skąd pochodzi. Za dnia ten płacz nie był mu słyszalny. Dopiero jak zbliżał się wieczór, płacz się zaczynał. Zaczynał się cichym kwileniem niemowlęcia, potem zmieniał się w coraz głośniejszy żal, a już przed północą rozlegał się nieludzkim skowytem, ogarniając pola, lasy, zarośla i okolice. Ten zagadkowy płacz bardzo niepokoił Gabriela.

– Może to zając … może lis wpadł w potrzask – zastanawiał się, wiedząc, że kłusowników w tej okolicy nie brakowało. – A jeśli to nie lis, ani nie zając, to może … to może gdzieś dzieje się krzywda? – rozważał najgorszą sytuację z możliwych. – Może trzeba pomóc?

Dlatego postanowił powiedzieć o tym królowi.

Jeszcze przed nastaniem nocy schował lirę do drewnianej skrzyni, ubrał się nieco cieplej i zapukał do jego pałacu.

– Dobry wieczór, królu Karolu. Czy możesz mnie teraz wysłuchać?​ – zapytał Gabriel podkreślając słowo „teraz”.

Król akurat jadł kolację.

– Dobry wieczór. To musi być coś bardzo ważnego, że przychodzisz do mnie o tak późnej porze. Usiądź, proszę i powiedz co się dzieje – król podsuwając Gabrielowi wolne krzesło, zaprosił krasnoludka do stołu.

– Od kilku dni, królu Karolu, gdy nadchodzi noc, słyszę płacz dziecka od strony lasu. Czy ty, królu, wiesz coś o tym? – zapytał Gabriel.

Król był bardzo zaskoczony taką informacją i nawet próbował się usprawiedliwić.

– Nie, Gabrysiu. Nikt niczego mi nie zgłaszał, a sam nie słyszałem. Widocznie moje uszy nie są tak czułe na dźwięk jak twoje.

Zamyślił się król i dopytał:

– A rozmawiałeś z Rafałkiem?

– Nie, nie rozmawiałem – odpowiedział Gabriel.

– Zapytaj Rafałka – zaproponował. – Obydwaj jesteście muzykantami, macie wrażliwsze uszy niż my wszyscy. Może on też słyszał – z powagą odpowiedział król Gabrielowi. – Jakby on też słyszał ten płacz, przyjdźcie do mnie obydwaj i to natychmiast.

Poszedł Gabriel do Rafała. Już z daleka było słychać jego harmonię. Musiał mocno walić w drzwi, żeby mu otworzył.

– O!! Gabryś. Fajnie, że przyszedłeś. Wchodź! – rozweselony Rafał odłożył na stół swoją harmonię. – Może byśmy zorganizowali „karnawał” na dzisiejszą noc. Spójrz, jaki księżyc. Latarnia za darmo – zachwycał się Rafał pełnią księżyca. – Ale by była niespodzianka. Ty na lirze, a ja na harmonii. I zabawa do samego rana – patrząc prosto w oczy Gabriela zachęcał go do wspólnej zabawy.

– I co ty na to Gabrysiu? – dorzucił z uśmiechem.

Gabrielowi ten pomysł wyraźnie nie spodobał się, więc nie włączył się do propozycji Rafała, tylko od razu przeszedł do swojej sprawy.

– Rafałku. Od kilku dni zanim usnę, słyszę od strony lasu płacz dziecka. Może i ty słyszysz to co ja? – zapytał.

Rafał popatrzył na Gabriela zaskoczony i nawet na chwilę wstrzymał się z odpowiedzią.

– Nie, Gabrysiu, nic takiego nie słyszałem – odpowiedział.

– Rafałku, to może wyjdźmy teraz na chwilę przed drzwi i razem posłuchajmy? – zaproponował Gabriel.

Rafał nałożył na siebie cieplejsze ubranie i wyszli.

– Słyszysz coś? – szeptem zapytał Gabriel Rafała.

– Nie, nie słyszę – odpowiedział Rafał.

– Widocznie mam problem ze słuchem – stwierdził Gabriel i zaraz chciał odejść, ale Rafał nie zrezygnował ze swojego pomysłu:

– To co, zagramy? – ponowił propozycję.

– Nie, Rafałku. Dzisiaj nie zagramy. Muszę przesłuchać swoje uszy – smutno mu odpowiedział.

Gabriel, wracając do swojej chaty, od czasu do czasu zatrzymywał się i nasłuchiwał. Od strony lasu dochodził cichy głos, przypominający płacz dziecka. Nie miał wątpliwości, że coś się dzieje niedobrego.

– Ale dlaczego Rafałek go nie słyszał? – zastanawiał się Gabriel. – Może to głośne granie na harmonii uszkodziło mu bębenki w uszach – pomyślał.

Zanim doszedł do swojej chaty, srebrzysty księżyc, jak wypolerowany rodowy talerz, wytoczył się na granatowy firmament. Gwiazdy, zazdrosne jedna przed drugą, przyświecały mu na wyścigi. Granat nieba ożywiał się.

– Pójdę. Sprawdzę – zdecydował.

Było zimno. Bardzo zimno. Mróz szczypał w policzki. Gdzieniegdzie leżały resztki przymarzniętego śniegu do gruntu.

Gabriel szedł ostrożnie rozglądając się dokoła. Nasłuchiwał. Siarczysty mróz mocno mu doskwierał. Szedł wyboistą drogą uważając na zagłębienia i górki, a gdy droga skręciła w lewo zatrzymał się. Znów nasłuchiwał. Dopiero gdy wszedł na pole z przymarzniętą oziminą głos wydał mu się wyraźniejszy. Serce mu zaczęło bić niespokojnie i szybciej. Aż doszedł na skraj lasu i znów się zatrzymał. Próbował wsłuchać się w las, żeby zorientować się, jak iść dalej. Głos, przypominający płacz dziecka, wydawał się bardzo blisko. Z mocno bijącym sercem wszedł do lasu. Rozejrzał się po drzewach, po zaroślach i zobaczył psa leżącego w pobliżu niewysokiej sosny, skąd dochodził ten płacz. Pies (czy nie słyszał krasnoludka, czy go nie widział) nie poderwał się z miejsca. Leżał zwinięty w kłębek, jakby spał. Gabriel zatrzymał się dwa kroki przed nim, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Pies leżał z zamkniętymi oczami. Oddychał. „Płacze przez sen?” – zdziwił się Gabriel. Podszedł jeszcze bliżej, żeby mu się lepiej przyjrzeć. I wtedy zobaczył, że pies otula szczeniaka. I że to ten szczeniak tak płacze. Z wielką ostrożnością, po przyjacielsku, położył prawą rękę na głowie psa. Pies otworzył oczy. Z wielkim zaufaniem spojrzał na Gabriela i podniósł się. I wtedy Gabriel zobaczył, że szczeniak wpadł we wnyka na zające. Gabriel znał różne pułapki na zwierzynę. Ten wnyk był zrobiony z drutu, dlatego szybko poradził sobie z nim i uwolnił szczeniaka. Ale szczeniak nie mógł wstać. Obie tylne łapy były niesprawne, a zastygła na sierści krew, wskazywała na głęboką ranę.

– Musisz pójść ze mną do Szkaradkowa – zwrócił się do psa. – I musisz zabrać ze sobą szczeniaka – zarządził Gabriel.

Pies spojrzał na niego posłusznie. Powąchał leżące obok kawałki mięsa i podsunął je szczeniakowi. Gdy szczeniak już się najadł, pies dojadł resztę.

Nastała krótka chwila ciszy.

Nagle pies naprężył się, nabrał powietrza i zawył. Wycie było długie i żałosne, A jego echo odbijało się pomiędzy drzewami. Nigdy nie słyszał takiego wycia. „Cóż to za rasa?” – zastanawiał się.

– Będzie dobrze – pogłaskał go jeszcze raz po głowie.

Pies stał spokojnie z podniesioną głową rozglądając się dokoła i nasłuchiwał. Szczeniak przestał płakać. Gabriel pogłaskał po głowie psa i szczeniaka i zachęcając ich do podróży, cicho wyszeptał psu do ucha:

– Idziemy.

Pies znów naprężył się, znów naprał powietrza i zawył jeszcze głośniej, ale inaczej. Brzmiało jak żałobna pieść.

Za kilka chwil zjawiła się suka. Gabriel nie zauważył skąd przybiegła. Stanęła obok psa. Powąchali się. Suka wzięła szczeniaka w zęby i pierwsza wyruszyła. Obok szedł pies, za nimi Gabriel. Gdy wyszli z lasu, suka dalej ich prowadziła. Prowadziła ich tą samą drogą, którą Gabriel przyszedł do lasu. Kilka kroków przed bramą zatrzymała się. Gabriel podszedł do bramy i głośno kołatka zakołatał.

– Gabrysiu! A gdzież ty po nocy się włóczysz? – zdziwiony Latarnik otworzył mu bramę.

– Latarniku, nie zamykaj bramy. Pójdź do króla Karola i powiedz mu, że chcę się z nim widzieć. Natychmiast. Gdyby spał, to go obudź. Czekam na niego – niemalże rozkazującym tonem zwrócił się Gabriel do Latarnika.

Latarnik był bardzo zaskoczony reakcją Gabriela i nie wypytując o co chodzi, natychmiast przyprowadził wybitego ze snu króla.

– Królu Karolu. Przyprowadziłem szczeniaka, którego wyciągnąłem z wnyka. Ma uszkodzone tylne łapy. To on tak płakał przez te kilka dni.

– Zanieś go od razu do szpitalika, a ja obudzę krasnalkę Różyczkę, żeby się nim natychmiast zajęła – polecił król Karol.

– Królu Karolu. Szczeniaka przyniosła suka. Jest też pies. Może niechby choć suka przy nim została? – zapytał.

– To bardzo dobrze. Niech obydwoje rodzice zostaną – zdecydował król.

Pies wziął szczeniaka w zęby, a suka szła obok nich, aż doszli do szpitalika. Różyczka już na nich czekała.

Gdy drzwi szpitalika się zamknęły, król Karol podszedł do Gabriela i szepnął mu do ucha:

– Gabrysiu. To nie są psy. To są wilki.

– Wilki? – zdziwił się Gabriel.

– Tak, Gabrysiu. Przyprowadziłeś do Szkaradkowa wilki, ale nie martw się. Wilki to też nasi przyjaciele. Szczeniak wyzdrowieje i pójdą sobie. Jutro przedstawimy ich wszystkim mieszkańcom Szkaradkowa, bo wszyscy musimy pomóc tej wilczej rodzinie. Teraz idźmy spać.

Poszedł Gabriel do swojej chatki, ale długo usnąć nie mógł. Srebrzysty księżyc, jak wypolerowany rodowy talerz, staczał się z granatowego firmamentu, a on przy jego blasku jeszcze raz wrócił do wydarzeń ostatnich dni, szczególności do tej mijającej już nocy.

„Wilczy księżyc” – zadumał się Gabriel przypomniawszy sobie, że taką właśnie nazwę nadali mu Amerykanie wieki temu.

Przypomniał sobie także, co ludzie mówią o wszystkich pełniach księżyca: że w czasie pełni spełniają się marzenia, że to dobry czas na zmiany, że to także dobry czas na postanowienia, na trudne decyzje, że zaklęcia i rytuały odprawiane w tę noc mają największą moc sprawczą…

Ale najbardziej utkwiło mu w pamięci to, że podczas pełni, gdy księżyc świeci najmocniej, wszystkie ukryte pragnienia wychodzą ze swoich zakamarków ujawniając swoje jestestwo, swoją naturę, swoją tożsamość.