To była wyjątkowa zima. jaką przeżył krasnal Latarnik w swoim długim życiu. Ledwo skończyła się kalendarzowa jesień, a już wszystkie krasnoludki na czele z królem Karolem poszły na koniec świata w poszukiwaniu marzeń. Szkaradkowo opustoszało, szkołę zamknięto na cztery spusty, została tylko służba, która za dnia wykonywała swoje obowiązki, i stary latarnik, który strzegł porządku nocą. Już od pierwszego dnia, kiedy tylko krasnoludki wyruszyły w świat, coś zawisło w powietrzu. Służba patrzyła na siebie, jakby miał nastąpić koniec świata. Latarnik też każdej nocy wytężał słuch i wzrok, żeby nie przegapić niczego, co mogłoby być powodem jakiejś katastrofy. Co innego przecież, jak ktoś kręci się w pobliżu, a co innego jak na posterunku jest się samemu.
– Może to dlatego, że końcówka roku – wyszeptał pod nosem Latarnik. – Cały rok był mocno napięty, dużo pracy, dużo zamieszania, a tu nagle taka cisza – rozmyślał. Wszyscy udawali, że nic się nie dzieje, ale z dnia na dzień atmosfera jednak gęstniała. Zaniepokojenie wśród służby wzrastało, a Latarnik coraz uważniej przyglądał się domostwom przyświecając latarką, czy nie wprowadził się jakiś intruz. Długie noce ciemne jak atrament, napawały grozą, napędzały strachu. Zimno zaczynało dokuczać coraz bardziej. Mimo tak trudnych warunków Latarnik sumiennie wykonywał swoje obowiązki i nie szukał dla siebie wygodnej kryjówki. Gdyby choć napadało śniegu, łatwiej byłoby poznać po śladach nieproszonych gości, ale pierwszy śnieg spadł przed miesiącem i zniknął od razu bez śladu.
Którejś bardzo, bardzo ciemnej nocy Latarnik nagle zauważył na niebie gwiazdę z ogonem. Była sama jedna. Poruszała się powoli, jakby niepewnie.
– Zabłądziła – wymamrotał pod nosem i zamyślił się patrząc na tę gwiazdę. Kiedy okazało się, że gwiazda pojawiła się następnej nocy i następnej, i jeszcze pojawiała się przez trzy kolejne noce, postanowił podzielić się swoim spostrzeżeniem z pozostałą służbą.
– A może ją wyrzucili i błąka się po wszechświecie? – wyszeptała pytającym wzrokiem patrząc na Latarnika ogrodniczka Olga.
– Zaprośmy ją do siebie – zaproponował posługa Stanisław.
– Dobry pomysł – pochwalił Latarnik Stanisława. – Zróbmy to dzisiejszej nocy. Przyjdę po was. Nie śpijcie.
– Będziemy na ciebie czekać w szpitaliku, ok? – zaproponował Stanisław.
Ta noc była wyjątkowo ciemna. Dochodziła północ, gdy Latarnik otworzył bramę wejściową do Szkaradkowa i zapukał do drzwi szpitalika.
Wszyscy stanęli przed bramą i spojrzeli w niebo, a ono wisiało nad nimi niby rozpięta wielka kopuła ciemności. Było całe mocno granatowe, jakby kto je namalował nie zwykłym pędzlem, ale wałkiem flokowym. Żadnych smug, żadnych zacieków. Mróz siarczysty szczypał ich po policzkach, a oni czekali na pojawienie się gwiazdy.
Gwiazda pojawiła się nagle, że nawet nie zdążyli zauważyć z której strony nadleciała. Zawisła w powietrzu na wysokości ich oczu i rozświetliła granatową ciemność kopuły, zaś jej ogon migający różnymi kolorami rozświetlił powietrze. Nagle, wszyscy jak na komendę, wstrzymali oddech z wrażenia, a ich wyszeptane „ Och!” rozległo się w niemej ciszy.
W Szkaradkowie zrobiło się widno, że Latarnik zgasił swoją latarkę. Patrzyli na zjawiskową gwiazdę, ale nikt nie śmiał wystąpić pierwszym z szeregu, żeby ją choćby przywitać. Wszyscy stali nieruchomo i tylko patrzyli na nią jak zaklęci. A przecież mieli ją zaprosić do siebie, do Szkaradkowa. Przecież martwili się, że błąka się sama po kosmosie. Martwili się, że może ją wyrzucono. Co się stało i dlaczego?
A ona, jakby ciągle czekając na ich zaproszenie, pulsowała kolorami tęczy. Chwila przedłużała się, jakby oczekiwano na coś wyjątkowego. Czekano na coś, co nie mogło wydarzyć się ani chwilę wcześniej, ani chwilę później. A kiedy ta chwila nadeszła, w tej niemej ciszy nagle, jak na rozkaz, rozległo się wyszeptane „Ojej!”.
Gwiazda nagle zgasła, a pył z jej ogona, migający różnymi kolorami, powoli osiadając na ziemię, zamieniał się w płatki śniegu. Dookoła zrobiło się biało i choć kopuła nieba była nadal granatowa, wszędzie było widno. Płatki śniegu, jak świętojańskie świetliki rozświetliły ziemię.
Wtedy odezwał się Latarnik:
– Zgasła, biedaczka – powiedział. – A my … nie zdążyliśmy jej pomóc … nawet nie zaprosiliśmy jej do siebie.
Długo stali przed szkaradkową bramą. Długo patrzyli w niebo. Mróz siarczysty szczypał ich po policzkach, a oni stali w milczeniu. Pierwszy odszedł Latarnik. Nie zapalał latarki. Powoli za Latarnikiem poszła służba. Gdy wszyscy już weszli do Szkaradkowa, Latarnik zamknął bramę. Wtedy służba rozeszła się. Olga i Stanisław poszli w lewą stronę, pozostała służba w prawą stronę. Latarnik jeszcze na chwilę spojrzał w niebo, jakby chciał sprawdzić, że to co się wydarzyło, wydarzyło się naprawdę. Biały śnieg lśnił tysiącami migających kolorów rozświetlając granatowe niebo. W pewnej chwili poczuł, że ogarnia go jakieś dziwne ciepło. Pomyślał, że to chyba z tego stania na mrozie przez ostanie noce. Na pewno zaziębił się i to ciepło może być od gorączki. Może minie – ale gdyby nie minęło?
– Kto mnie zastąpi na mojej służbie? – wyszeptał do siebie zmartwiony. – Służba w nocy nie jest łatwa. A oni jeszcze tacy młodzi, bez większego doświadczenia. Różne czarne myśli przychodziły Latarnikowi do głowy i różne scenariusze widział w swoich oczach.
– Nie! Jestem po prostu zmęczony. Muszę choć chwilę zdrzemnąć się – zdecydował stanowczo.
Obowiązek w służbie latarnika jednak przywołał go do porządku i ostatkiem sił wdrapał się po drabinie na najwyższe stanowisko widokowe, żeby z góry spojrzeć na Szkaradkowo i zerknąć na okolice. Rozglądał się raz „tam i z powrotem”, potem drugi raz „tam i z powrotem”. Dokoła było biało, a płatki śniegu, jak świętojańskie świetliki, rozświetlały szkaradkową ciemność. Zawsze sprawdzał trzy razy, więc gdy rozpoczął trzecią obserwację i zauważył przy bramie wejściowej czarną plamę, przelęknął się. Gorąco uderzyło mu do głowy tak mocno, że cała twarz zalała się potem, a nogi pod nim ugięły się. Ogarnął go przeszywający strach, że oto za chwilę spadnie z nieba to coś, co od wyjścia krasnoludków wisiało w powietrzu. Był przerażony. Marzenie o drzemce uciekło. Był sam.
Wrócił myślami do ostatnich minut cofając się w czasie.
– Może jednak … może to tylko gorączka. Może, gdy zamykałem bramę, to ten śnieg od tej mojej gorączki roztopił się? – rozważał. – Czy to możliwe? – dziwiąc się zszedł z widokowego stanowiska.
Gdy podchodził do bramy i już był blisko niej, usłyszał dziwny dźwięk, jakiego nigdy dotąd nie słyszał. Podszedł jeszcze bliżej. Na środku czarnej plamy leżał mały kamyczek pulsujący kolorami tęczy. Nachylił się nad nim i chciał go podnieść. Wtedy usłyszał dziwny głos, jakim krasnale nigdy nie posługiwali się. Był bardzo dźwięczny, metaliczny i jakby wychodził z jakiejś głębokiej próżni:
– Nie dotykaj mnie. Jestem tą gwiazdą, którą od kilku nocy obserwujesz – odezwała się gwiazda.
– To ty? Naprawdę to ty?
– Tak. Naprawdę to ja. Na imię mi Raluda – odezwała się gwiazda.
– Ja jestem latarnikiem – odpowiedział Latarnik. – Co się stało, że spadłaś z nieba? Zasłabłaś? – dopytywał Latarnik.
– Nie, nie zasłabłam. Wylądowałam u was, bo słyszałam, że martwiliście się o mnie – odpowiedziała gwiazda.
– Tak, martwiliśmy się, że sama błąkasz się po kosmosie. Chcieliśmy ciebie zaprosić do nas do Szkaradkowa, ale nagle zniknęłaś nam z oczu – tłumaczył się Latarnik.
– No to jestem – zamrugała gwiazda.
– Jak możemy ci pomóc? – zapytał Latarnik.
– Jeszcze jestem gorąca, więc mnie nie dotykaj. Ale kiedy ostygnę i będę bezbarwna i przezroczysta … jak szklana maleńka kuleczka – zamyśliła się gwiazda – wtedy podnieś mnie i zawsze miej mnie przy sobie. Gdy będzie ciemno, kładź mnie tam, gdzie chciałbyś, aby było światło. Będę zawsze do twojej dyspozycji.
– Dziękuję ci, że chcesz mi służyć.
– To ja ci dziękuję, że mi pomogłeś – odpowiedziała gwiazda.
– A w czymże ja ci pomogłem? – zapytał Latarnik.
– Jestem kometą. Do gwiazdy mi daleko i przy mnie nie ogrzejesz się. Ale potrafię zaświecić, gdy jest taka potrzeba. Nachyl się, to coś ci jeszcze powiem do ucha, tylko nikomu o tym nie opowiadaj:
– Spełnię każde twoje marzenie. Masz jakieś? – wyszeptała Raluda.
Latarnik słuchał z niedowierzaniem. Chwilę namyślał się.
– Mogą być dwa?
– Mów, proszę – odpowiedziała.
– Pierwsze moje marzenie – to czy możesz mi powiedzieć, co się wydarzyło, że sama błąkałaś się po nocy. A drugie moje marzenie jest związane z tym, że gdy krasnoludki poszły szukać marzeń, to u nas w Szkaradkowie nagle zrobiło się tak dziwnie, jakby coś złego zawisło w powietrzu. Sam się martwię, czy aby w tej podróży na koniec świata nic złego się im się nie stało.
Raluda uśmiechnęła się do niego i szybko mu odpowiedziała:
– Najpierw odpowiem ci na drugie pytanie. Nie martw się o nich – są w podróży. A teraz posłuchaj uważnie, co ci powiem. Ilekroć będziesz chciał coś ważnego, ale to bardzo ważnego zobaczyć, połóż mnie na lewej ręce. Rękę skieruj tak, aby środkowy palec wskazywał północ. Zapytaj mnie, kogo albo co chcesz zobaczyć, a zobaczysz to we mnie i uspokoisz swoje serce. Tylko pamiętaj – to musi być bardzo, bardzo ważna sprawa. I nikomu o tym nie rozpowiadaj. Natomiast jeśli chodzi o twoje pierwsze marzenie … to bardzo długa opowieść. Odłóżmy ją na później, bo to jakby … – Raluda zamyśliła się … jakby powieść w odcinkach. Ale też i to marzenie ci spełnię. Bądź spokojny. Tylko pamiętaj Latarniku – przestrzegła go Raluda – Nikomu nie mów o tym, że mnie poznałeś i że jestem kometą. To będzie nasza wspólna tajemnica.
– Raludo, jeszcze chcę cię o coś zapytać. A właściwie to się upewnić. Mogę? – zwrócił się do niej w ostatniej niemal chwili.
– Pytaj – odpowiedziała.
– Czy to gorąco, które ciągle czuję w sobie, to nie od zaziębienia, tylko od ciebie – prawda? – zapytał.
– Tak Latarniku. Jeszcze ciepło bije ode mnie. Sam zauważyłeś, że nawet śnieg wokół mnie się roztopił. A ty jesteś zdrowy. Idź spokojnie spać i pamiętaj o naszej tajemnicy.
Latarnik poszedł przespać się, ale sen długo nie wracał.
Niewyspany wstał bardzo wcześnie rano, zanim jeszcze obudziła się służba i od razu poszedł pod szkaradkową bramę. Raluda leżała pod ciepłą świeżą białą puchową kołderką. Latarnik kołderkę odsunął na bok. Delikatnie podniósł przezroczystą bezbarwną kuleczkę, zimną jak lodowy sopel i osuszywszy ją ciepłem swoich rąk, schował do sekretnej kieszonki. rozglądając się dokoła, czy nikt ich nie podgląda.
Za niedługo wyszła służba do codziennej pracy. Olga i Stanisław oraz pozostała służba – wszyscy podbiegli radośnie do starego latarnika.
– Szczęśliwego Nowego Roku, Latarniku – chórem zawołali.
– Dziękuję. Wzajemnie do siego roku– z uśmiechem im odpowiedział. – Dobrze nam się zaczął ten Nowy Rok… Śniegu napadało … To co, świętujemy?
– Świętujemy! – radośnie odpowiedziała szkaradkowa służba.
– No to wszyscy do łopat! – roześmiał się od ucha do ucha Latarnik i w rytmie krasnoludkowej piosenki: „hej ho, hej ho, do pracy by się szło” skierował się prosto do magazynu po sprzęt odśnieżający, a służba … pokornie za nim …
I nagle to coś, co od pierwszego dnia zimy wisiało w powietrzu, gdzieś odleciało, a przyleciała chmara wróbli rozglądając się za śniadaniem.
