Z OPOWIADAŃ TEŚCIA

Mój teść śp. Jan Pawelec i moja teściowa śp. Janina z d. Przybysz często odwiedzali swoją rodzinę. Początkowo jeździli motocyklem, potem samochodem Fiat 126p. Lubili też o rodzinie opowiadać, a ja lubiłam słuchać ich opowieści. Ważniejsze nawet zapisywałam. Na podstawie krążących w rodzinie legend powstała genealogia.

Ale są jeszcze opowiadania, które chciałabym Pawelcom przekazać.

Oto kilka opowiadań teścia:

JAK NIE ZOSTAŁEM KSIĘDZEM

Gdy byłem jeszcze w gimnazjum (przed wojną) proboszcz z Cerekwi po rozmowie z ojcem zaproponował mi, abym poszedł do Seminarium Duchownego do Sandomierza. Z mojej klasy szło jeszcze dwóch  kolegów. Jeszcze o wojnie tak mocno nie mówiło się. Zabraliśmy swoje gimnazjalne dokumenty i pojechaliśmy do Sandomierza. Tam nas przesłuchali z przedmiotów, ale także i zbadali nasz stan zdrowia.

Popatrzyli na mnie nagiego, to i owo obejrzeli dokładniej, czy aby nie jestem jaki ułomek i kazali czekać, bo wiadomość o przyjęciu przyślą pocztą. Zaskoczony „oględzinami” nie byłem zadowolony z pomysłu bycia księdzem. Ale niebawem wybuchła wojna. Oficjalny nabór na księży był przerwany, przysłali mi więc moje dokumenty i tak skończyło się moje „proboszczostwo”.

NARODZINY SIOSTRZENICY

1939 r. Niemcy opanowali już terytorium Polski i zaczęli wprowadzać swoją administrację. Polacy jednak nie poddawali się i nadal walczyli. Mój szwagier Kozłowski także walczył nadal. Zośka, jego żona a moja siostra, mieszkała z nami. Była w ciąży. Zbliżał się czas porodu. Kobiety ze wsi osądziły, że bez lekarza nie da rady sama urodzić dziecka. Trzeba było jechać do Radomia. Tymczasem obowiązywała godzina policyjna. Stacjonująca w cerekiewskiej szkole niemiecka żandarmeria była pod tym względem rygorystyczna. Postanowiliśmy z ojcem, że pójdziemy do Niemców i poprosimy o przepustkę. Ja miałem wtedy 19 lat. Skończyłem gimnazjum „Chałubińskiego” w Radomiu. Umiałem co nieco rozmawiać po niemiecku. Ojciec zaprzągł konia i pojechaliśmy. Na drodze skręcającej do szkoły zatrzymał nas wartownik. Wyszprechałem mu o co nam chodzi. Kazał czekać. Gdy wrócił ponownie mnie nakazał iść za nim. Ojciec został. Przed wejściem do szkoły zatrzymaliśmy się. Za chwilę wyszedł jakiś inny ważny żandarm – podał mi rękę, odsalutował i nakazał wrócić do ojca i powiedzieć jemu, żeby wracał do domu, a ja pojadę razem z nim do Radomia po lekarza. Ja miałem go zaprowadzić do tego lekarza. Zanim poszedłem do ojca wypytał mnie jeszcze skąd znam język niemiecki. Był bardzo zdziwiony, że młodzież w gimnazjum uczy się obcego języka. Swoją drogą chyba zwróciłem na siebie jego uwagę swoim wyglądem. Byłem przecież młodym przystojnym ciemnym blondynem. Wyraźnie chciał mi pomóc. To był początek wojny. Niemcy jakby chcieli uładzić się z miejscową ludnością. Może też myślał, że kiedyś będę mu potrzebny. Niemiec zapytał mnie jeszcze, czy wiem gdzie są składy (magazyny) tytoniowe. Oczywiście, że wiedziałem. Miałem mu służyć za przewodnika. Przekazałam ojcu całą naszą rozmowę. Obaj nie wiedzieliśmy, co z tego wyniknie. Na wszelki wypadek pożegnaliśmy się. Wkrótce podjechał samochód żandarmerii. Ojciec zawrócił do domu, a ja wsiadłem do niemieckiego samochodu. Najpierw kazał pojechać po papierosy. Po drodze żandarm wyjaśnił mi, że mieli jechać po papierosy jutro rano, ale skoro „taka sprawa” to pojadą teraz. Było już późno,ciemno. Załatwiliśmy te papierosy i prowadzę ich do lekarza. Lekarz nazywał się Wroński i mieszkał na ul. Żeromskiego w pobliżu banku, dziś naprzeciwko Sezamu. Zajechaliśmy. Patrole niemieckie chodziły po ulicy. Dzwonię do drzwi lekarza. Zza drzwi słychać kobiecy głos: kto i po co? Wyjaśniłem po co tu jestem. Odpowiedź krótka: lekarza nie ma. Wracam więc do żandarma i mówię, że niestety lekarza nie ma w domu. Wtedy ten żandarm wyskoczył z samochodu i dawaj jeszcze raz dzwonić do drzwi. Jak przycisnął dzwonek, jak go przytrzymał – tak kobieta znowu odezwała się: mówiłam, że lekarza nie ma w domu. Wtedy ten żandarm jak na nią nie ryknie po niemiecku, aż kobieta otworzyła drzwi, przez łańcuch spojrzała na nas i natychmiast nas wpuściła do środka. Mało – zaprowadziła nas do salonu, żebyśmy poczekali, bo mąż musi się spakować. Cóż to był za salon! A jaka podłoga – z klepki ułożone kolorowe kwiaty (chyba lilie).
Krzesła tapicerowane. Takiego luksusu jeszcze nie widziałem. A myśmy stanęli w brudnych butach. Ona prosi nas, żebyśmy usiedli, bo mąż sprzęt do porodu musi przygotować, a to trochę potrwa. Ale jak tu siadać na takich krzesłach. Żandarm usiadł pierwszy, ale tylko z brzegu krzesła – nie rozsiadał się. Ja za nim. Za niedługo lekarz był gotów. Wyszliśmy. Gdy się okazało, że musieliśmy wsiąść do wojkowego niemieckiego samochodu, lekarzowi zadrżały nogi.

Myślałem, że zemdleje. Powiedziałem jemu, żeby się nie bał, bo naprawdę jedziemy do porodu. Jechaliśmy w milczeniu. Gdy byliśmy w domu wszystko do porodu było już gotowe. Żandarm kazał wyjść z izby wszystkim. Został tylko ojciec, lekarz, akuszerka i on. Opowiadał ojciec, że gdy żandarm zorientował się, że poród nie będzie łatwy kazał natychmiast dać sobie białe prześcieradło, mydło i ręcznik i służył swoją pomocą. Okazało się, że żandarm także był lekarzem. Gdy dziecko się urodziło (dziewczynka), żandarm pogratulował młodej matce, czyli mojej siostrze Zośce. Potem powiedział nam, że rozumie czas wojny, że żołnierka to co innego, a służba cywilna to co innego. Dodał, że miło mu, że mógł nam pomóc i przyrzekł, że Rzesza dołoży wszelkich starań, żeby dziecko miało dobrze.

Ojciec nie wiedział jak ma dziękować i lekarzowi, i żandarmowi. Lekarz tylko zapytał, czy mamy kartofle. Mieliśmy oczywiście. Chciał, żeby mu dać trochę do teczki, bo w Radomiu nie można kupić. Matka  przyniosła nowo uszyty duży worek i zapakowaliśmy jemu kartofli do pełna. Wrzuciliśmy worek do samochodu. Z kolei żandarm powiedział, że wystawi rachunek. Kartofli nie chciał. Powiedział, że u nich dobre zaopatrzenie i kartofli nie potrzeba.

Patrzyliśmy z ojcem jak odjeżdżają. Lekarze zasiedli razem na tylnym siedzeniu. Kierowca znał już drogę powrotną do Radomia do domu lekarza.

Następnego dnia kierowca przywiózł rachunek – za benzynę. Kilka złotych i parę groszy. Śmiesznie mało. Mało tego. Ponieważ nie znał polskiej waluty, kazał zapłacić sobie dokładnie. Chodziłem po całych Zatopolicach, żeby rozmienić co do grosza.

Za kilka dni pojechałem do Radomia. Ojciec kazał mi pojechać do lekarza i żeby mu zapłacić za poród. Przy żandarmie nie wypadało rozmawiać na ten temat. Dzwonię do drzwi. Otwiera mi jego żona. Co prawda nie prosi już do salonu, tylko do kuchni, ale poczęstowała mnie gorącą herbatą, oczywiście bez cukru, bo cukru nie można było już kupić – wojna. Powiedziałem, po co tu jestem, a ona opowiedziała mi jak dalej było z jej mężem. Otóż, gdy już wrócili do domu, trzeba było te kartofle z samochodu wyciągnąć, a wór zaklinował się. Poza tym dokąd te kartofle zanieść. Całego worka mąż sam by nie udźwignął, a zanim by go po wiaderku do piwnicy przeniósł, by zeszło na dodatek nie wiadomo, czy w międzyczasie ludzie kartofli by nie pokradli. Żandarm zauważył zakłopotanie jej męża i zatrzymał patrol na ulicy. Kazał im karabiny zostawić pod ogrodzeniem i pilnował ich są, aż oni zataszczyli cały wór kartofli do domu do kuchni. Żona lekarza przyniosła mi worek po kartoflach uprany i uprasowany, złożony w kosteczkę, zapakowany jak się pakuje paczki na poczcie ze zrobioną rączką ze sznurka do niesienia, jakby domyślała się, że mogę przyjść po ten worek. Podaje mi ten worek i bardzo, bardzo dziękuje i pyta ile ma za te kartofle zapłacić. Nie spodziewałem się takiego pytania. To przecież ja miałem zapłacić lekarzowi. Ostatecznie wyszło, że jesteśmy rozliczeni – przysługa za przysługę. Wróciłem do domu.

Minęło dwadzieścia kilka lat. Byłem już na wysokim stanowisku w PSS – Społem w Radomiu. Budowaliśmy DH „Sezam”. Przy okazji tej budowy przyszła pewna kobieta. Chciała dołączyć się do Sezamu z ogrzewaniem domu. Była to pani Wrońska. Niestety, nie było to to wtedy możliwe (PSS – jednostka uspołeczniona, a ona posesja prywatna). Ale poprosiłem ją o rozmowę. Były to lata sześćdziesiąte. Byłem już dorosłym człowiekiem, łysym – nie do poznania, a z tamtego epizodu ona nie znała mojego nazwiska. Zapytałem, czy sobie przypomina tamtą noc. Oczywiście. Powiedziała, że nie wierzyła, że mąż wróci tej nocy do domu. O mnie myślała, że kolaboruję z Niemcami. W czasie wojny jej męża zabrali Niemcy. Do domu nie wrócił. Jest wdową.

O KOLIZJI Z NIEMIECKIM SAMOCHODEM

Miałem 19 lat, gdy zaczęła się wojna. Ukończone gimnazjum. Zacząłem pracować w Spółdzielni w Cerekwi i uczyłem się księgowości. Jako młody mężczyzna byłem „ważny”. Moja ważność polegała między innymi na tym, że nie wsiadałem na rower normalnie, tylko wskakiwałem w biegu i od razu na siedzenie. Taki szpan. Kiedyś byłem w Radomiu. I też z takim szpanem chciałem wsiąść na rower. Nagle naprzeciwko mnie wyrósł niemiecki samochód. Nie było czasu na myślenie. Odskoczyłem od roweru, samochód najechał na niego i na nim się zatrzymał. Niemcy wyskoczyli z samochodu do mnie z pretensjami po niemiecku. Ale gdy ja zacząłem ich przepraszać po niemiecku natychmiast złagodnieli. Pomyślałem wtedy, że oto zobaczyli młodego ciemnego blondyna mówiącego po niemiecku o aryjskim wyglądzie i na dodatek rozbijającego się na rowerze – pewnie ich to w swoisty sposób uradowało. Wyciągnęli mój rower spod kół samochodu. Pogrozili mi palcem i odjechali.

O ZBESZCZESZCZENIU KRZYŻA

Niemcy stacjonujący w cerekiewskiej szkole nie byli za bardzo religijni. Nie uczęszczali na niedzielne msze święte, ale i nie zabraniali miejscowej ludności modlić się w kościele.

Bywało jednak, że przyjeżdżał do nich wojskowy kapłan i odprawiał mszę świętą, ale w bocznej nawie kościoła i zawsze miał ze sobą wszystko co potrzebne do prowadzenia nabożeństwa. Nigdy o nic nie poprosił cerekiewskiego proboszcza. Równocześnie Niemcy obserwowali zachowania parafian i ich praktyki religijne.

Tradycją we wsi było, że ludzie wracający z kościoła w Cerekwi w stronę Zatopolic zatrzymywali się przy krzyżu, który stał przy drodze i ten krzyż całowali. Niemcom nie bardzo to się podobało. Pewnego razu przywieźli beczkowozem gnojowicę i cały krzyż tą gnojowicą oblali. Cała parafia było oburzona.

POWRÓT Z CHRZCIN

Była wojna. Rok 1944. W moim rodzinnym domu w Zatopolicach stacjonowała niemiecka dywizja czołgu. W ogrodzie za domem w stronę wsi Niemcy zrobili wykop i przykryli go gałęziami. W tym wykopie ukryli czołg. Żołnierze niemieccy nocowali w stodole „gdzie popadło”, a kadra zajęła duży pokój w naszym domu. Bardzo się nudzili Niemcy, bo nie mieli co robić. Nawet kadra. Dowódcą czołgu był Skowronek. Mówił, że w jego domu kiedyś rozmawiano po polsku. On też znał trochę polskiego, ale do polskości się nie przyznał. Uważał się za Niemca. W Zatopolicach było jeszcze kilka stanowisk czołgowych. Było to już ostatnie stadium wojny. Niemcy byli wypierani, choć bronili się mocno.Z gospodarzami u których stacjonowali żyli w zgodzie. U nas byli około 4 miesięcy. Oczywiście musieliśmy mówić, gdzie się udajemy i po co, w szczególności, gdy wracaliśmy po godzinie policyjnej.

Rodzina ze Sławna zaprosiła mnie w kumy. Pojechałem z ojcem wozem konnym. Wielkiego przyjęcia nie było: rodzice dziecka, chrzestni i domownicy. Ale bimbru nie brakowało. Nawet wypiłem nieco za dużo, ojciec także. Wracaliśmy późno, było ciemno, na dodatek mgła. Konie same zawiozły nas do domu. Ja z ojcem przespaliśmy na wozie całą drogę powrotną. Obudził nas wielki łoskot, trzask. Co się stało? Brama była otwarta. Niemcy zostawili swój samochód terenowy na samym wjeździe. Dla koni pozostał bardzo wąski prześwit, by móc się zmieścić, ale próbowały.

Ostatecznie wóz zaklinował się pomiędzy bramą i samochodem, konie zatrzymały się. Z domu w pełnym uzbrojeniu wyskoczyli Niemcy. Wybiegł za nimi także wizytujący ich przełożony. Dowodzący czołgiem Skowronek natychmiast wyjaśnił przełożonemu zdarzenie, wytłumaczył, że wiedział o tym, że wrócimy późno. Przełożony przyjął jego wyjaśnienie i natychmiast zganił swojego kierowcę, że nieprzepisowo ustawił samochód i przeprosił ojca za całość zdarzenia. Szkodą było tylko lusterko od samochodu, ale cośmy się strachu najedli, to najedli.

KONFLIKT OJCA Z PROBOSZCZEM

Proboszcz Popkiewicz – ksiądz doktor, a więc bardzo wysoce wykształcony ksiądz jak na czas przedwojenny. Przy kościele w Cerekwi była Rada Parafialna. Mój ojciec był członkiem tej rady. Ojciec był gorliwym parafianinem i dużo na rzecz kościoła pracował. Miał także uznanie wśród parafian. Ale był lekko lewicujący. Przyjeżdżały do niego nawet „szyszki” z chłopskiej partii. Namawiali, żeby do nich wstąpił. Nawet kiedyś pojechał z nimi do Sejmu na sesję. To ja „uczony” nie byłem w Sejmie, a mój ojciec, zwykły chłop i był. Interesował się polityką – nawet czytał gazety i potrafił wyciągać wnioski.

Nie dał się zbałamucić partyjniakom. Stwierdził, że za dużo traci na taką rozrywkę, ale o sprawiedliwość walczył. Kiedyś spróbował rozliczyć proboszcza, za co proboszcz go „wyklął”. Wyklął go do tego stopnia, że nawet gdy ja się żeniłem to nie udzielił mi ślubu osobiście, tylko wysłał jednego z wikarych, a gdy mój ojciec umarł, także wysłał wikarego.

A pomyśleć, że gdy poszedłem do gimnazjum to proboszcz uważał, że dobry byłby ze mnie ksiądz.

PIERWSZA PRACA

Na froncie nie byłem. Pomagałem ojcu w gospodarstwie. Jeszcze przed wojną skończyłem gimnazjum w Radomiu. Byłem pierwszym z Zatopolic i pierwszym z cerekiewskiej podstawowej szkoły gimnazjalistą. Byłem więc na tamte czasy wśród chłopstwa wiejskiego wysoce wykształconym.

W czasie wojny, oprócz tego że pomagałem ojcu w gospodarstwie, pracowałem także w cerekiewskiej Spółdzielni Spożywców. Miałem „małą maturę”. Rower. Początkowo byłem pracownikiem zaopatrzenia i uczyłem się księgowości. Szybko dałem się poznać, jako zdolny i operatywny handlowiec. Po wojnie szukano takich pracowników. Między wieloma propozycjami otrzymałem także propozycję pracy w
Powszechnej Spółdzielni Spożywców w Radomiu.

Ożeniłem się w 1946 r. z panną Przybyszówną z Cerekwi i tam zamieszkałem z jej rodzicami w ich starej chałupie. Przybysz był już stary, chorował na astmę. Jakby przeczuwając swoją śmierć myślał głośno o podziale swojego dużego gospodarstwa między swoje dwie córki. Wtedy ja młody jeszcze „żonkoś” kuszony propozycją pracy w PSS w Radomiu poszedłem po radę do swojego ojca.

Ojciec mocnymi słowami mi powiedział, że nie po to tak dużo pieniędzy wkładał w moją naukę, żebym paprał się w gnoju, jak on. I tak zapadła decyzja, że rolnictwem nie będę się zajmował. Nie było więc podziału przybyszowego majątku.

W 1946 roku podpisałem umowę o pracę z PSS w Radomiu. Szybko dogadałem się z pracodawcą co do mieszkania w Radomiu i przeprowadziłem się z żoną na ul. Reja 8.

POCZĄTKI W PSS „SPOŁEM”.

Szybko zostałem w PSS „Społem” głównym księgowym. Tuż po wojnie w papierach księgowych był bałagan. Ja musiałem to wszystko wyprowadzić. Zdarzało się, że przychodziłem do pracy także i w niedzielę, wielokrotnie zostawałem po godzinach. Którejś niedzieli wchodzę do swojego gabinetu, a tu urzęduje jakiś facet.

Pytam go – co obywatel tu robi? A on mi odpowiada pytaniem – a co obywatel tu robi?

I tak od słowa do słowa wylegitymowaliśmy się. Okazało się, że facet był z UB. Powiedział mi, że jeśli chcę żyć spokojnie i spokojnie pracować to morda w kubeł. Przytaknąłem. Następnego dnia rano wzywa mnie prezes i pyta mnie po co ja przyszedłem w niedzielę do pracy i narobiłem mu problemów. Pogadaliśmy sobie. Okazało się, że UB potrzebowało na niedzielę dobrego punktu obserwacyjnego, a mój pokój był odpowiedni. Zażądało kluczy od prezesa i też mu zagrożono, że morda w kubeł, bo …

No cóż. My też musieliśmy przyrzec sobie, że mordy w kubeł. Pracowaliśmy jeszcze razem 17 lat – on jako mój prezes, a ja – jako jego główny księgowy.

Kiedyś prezes „poprosił” mnie, żebym zatrudnił jakąś dziewczynę ze wsi u siebie w księgowości. Nie było problemów wtedy, bo nie było ograniczeń etatów. Dziewczyna miała ledwie 7 klas, ale coś tam robiła. Nie interesowałem się nią. Ale pracownice moje zaobserwowały, że ona dość często otrzymuje telefony i zaraz wychodzi. Oczywiście zwalniała się u mnie, ale ja nie widziałem w tym nic szczególnego. Pracownice jednak pilnie jej się przyglądały i zauważyły, że zawsze idzie w kierunku UB. Kiedyś mi o tym powiedziały. Trzeba było jednak się upewnić. Ktoś tam od nas, jakiś mężczyzna, zadzwonił do niej, żeby przyszła o konkretnej godzinie w umówione miejsce. I faktycznie dziewczyna przyszła. Za chwilę wraca, w oknach pracownice patrzą cały czas, co się będzie działo. Ona poszła znów w stronę UB i wraca z płaczem. Od razu przyszła do mnie, że musi z przyczyn osobistych się zwolnić. Podyktowałem jej nawet treść  wypowiedzenia z pracy.

Kto wie, ile jeszcze osób mnie śledziło.

KONFRONTACJA Z KOLEGAMI

Było po wojnie, niedługo po moim ślubie. Mieszkałem jeszcze u teściów. Pracowałem wtedy w Związku Rewizyjnym Spółdzielczości w Radomiu i szkoliłem się na lustratora. Miałem swój rower i do pracy
codziennie dojeżdżałem rowerem. Przyjeżdżałem do domu, żona czekała już z obiadem na stole. Wszystko jak w zegarku. Rozmyślaliśmy o mieszkaniu, a przydziale mieszkania w Radomiu, było to możliwe, ponieważ ja już byłem ważną osobą dla władz spółdzielczych przynajmniej. Znali mnie także z wojny. Tego dnia po obiedzie mieliśmy iść w pole, jak co dzień. Był okres po żniwach, może połowa sierpnia 1945 roku.

Przyjechałem na podwórko. Postawiłem rower jak zwykle przy ławeczce pod domem i wszedłem do pokoju. Przy stole (pustym) siedziała moja żona blada jak papier. Pytam, co się stało. Powiedziała, że „koledzy” przyszli po mnie i czekają w stodole od rana. Żona znała tych moich „kolegów”. Podawali się, że działają w organizacji na rzecz wolnej Polski. Podali jakąś tam nazwę tej organizacji, ale żona ze strachu zapomniała. Idę więc do stodoły. Przez duże szczeliny w ścianach widzę karabin z pełnym wyposażeniem na środku klepiska, a dwaj moi koledzy właśnie wymościli sobie świeżym sianem legowisko i przygotowują się do obiadu, który zaniosła im żona. Wchodzę. Natychmiast stanęli na baczność manifestując swoją garderobę. Obydwaj w stopniu porucznika. Buty wyczyszczone, po dwa granaty przypięte do pasa, karabinki krótkie, długie. Pełny strój i wyszynk. Jeden z nich był bardziej „uczony” (ale obydwaj z nędzy wyszli, ledwo 6 klas cerekiewskiej szkoły podstawowej skończyli). „Uczony” odezwał się do mnie, że dość już mojej pracy na rzecz komuny, teraz albo idę z nimi, albo kula w łeb. Pomyślałem sobie, że nie wąsko. Trzeba coś wymyślić natychmiast. Zapytałem wtedy ich grzecznie o co walczą i kto im nadał tak wysokie stopnie wojskowe. Powiedzieli, że walczą o wolną Polskę. To znaczy o jaką? – zapytałem.
„Uczony” odpowiedział: „No, o taką co była przed wojną, a nie komunistyczną, jak teraz”. To ja do nich odpowiadam pytaniem: „to znaczy, że jeśli przed wojną oni i cała ich rodzina robili u dziedzica Pruszaka cały dzień za 50 groszy to było dobrze. To znaczy, że teraz, gdy Pruszakom zabrano ziemię i rozdano chłopom za darmo – to źle. No to teraz ich rodzice powinni oddać dziedzicowi tę ziemię z powrotem a oni powinni iść znów do pracy dla dziedzica za 50 groszy. Poza tym, przed wojną żeby można było dostać stopień porucznika, trzeba było służyć w wojsku kilka lat, mieć szkołę i jeszcze pochodzenie. A oni co sobą
reprezentują? Mnie ojciec posłał do gimnazjum. Skończyłem szkołę. Pracuję w Związku Rewizyjnym spółdzielczości, która to istniała jeszcze przed wojną i szkolę się na lustratora. A oni co? Przypięli sobie pagony, uzbroili się w karabiny i myślą, że zdobyli władzę? Że w ten sposób będą walczyć o wolną Polskę?

Nagadałem się. Wygarnąłem im. Nie mieli wiele do powiedzenia. Nawet nie skończyli obiadu. Wyszli. „Uczony” na odchodne wyrzucił z siebie tylko jedno zdanie: „ Tylko uważaj, żebyś się nie zagalopował”. Musieli pokazać swoją wyższość. Poszli w pole, nawet nie na drogę.

Był rok 1948. Na widok publiczny w bramie na ulicy Sienkiewicza w pobliżu dzisiejszego Pałacu Ślubów były wystawione (położone) ciała zamordowanych.

„Wszystkich, którzy podniosą rękę na władzę ludową, czeka taki koniec” – obok tych ciał taki był napis. Może nie dokładny to cytat, ale sens był taki. Jednym z nich był ten mój „kolega” – Czesław Gomuła syn Adama Gomuły z Zatopolic. Miał 21 lat. Był o 7 lat ode mnie młodszy. Jego ojca za partyzantkę zaraz po wojnie wsadzili na kilka lat do więzienia. Za jakiś czas przyszedł do mnie z prośbą o pracę. Zatrudniłem go.

NA UB

Był rok 1948. Mieszkaliśmy jeszcze na ul. Reja 8. Już urodziła się Danusia. Przybyszowa nią się opiekowała, nosiła ją jeszcze na rękach. I właśnie miała Danusię na rękach, gdy do drzwi zapukało UB. Przynieśli pocztę, ale zanim pocztę doręczyli, stanęli przed drzwiami mieszkania i krzyczeli: „Otwierać! Otwierać”. Przybyszowa z małą wnuczką na ręku otworzyła nieco drzwi, ale były zamknięte na łańcuch, więc nie udało się nieproszonym gościom wejść do środka mieszkania. Teściowa tłumaczy im, że jest łańcuch na drzwiach, ale oni chyba nie bardzo wiedzieli o co chodzi z tym łańcuchem. Wtedy jeden z nich wsadził lufę karabinu w szczelinę od drzwi i wrzeszczał, żeby otwierać, bo będzie strzelał. Przybyszowa znów tłumaczy, że jest w drzwiach łańcuch, że zaraz otworzy, tylko położy dziecko. Nie było żartów. Przybyszowa drzwi otworzyła. Wtargnęło dwóch mężczyzn, przejrzeli kąty, łóżka, pod łóżkami, czy kogoś nie ma, czy kogoś  nie ukrywamy. Po czym jeden z nich wręczył pismo dla J.P. i żeby Przybyszowa podpisała. Oczywiście, że podpisała – trzema krzyżykami. Przybyszowa nie umiała pisać, ale czytać umiała – modlitewnik. Wyszli.

Było to wezwanie dla mnie na stawienie się na UB. Zostawiłem w domu dla żony swój złoty zegarek i wszystkie kosztowności na wypadek, gdyby mnie wsadzili do więzienia, albo gdybym żywy z UB nie wrócił.
Pożegnałem się z rodziną. Poszedłem.

Na UB mnie wylegitymowali. Dokumenty kazali zostawić na portierni. Przesłuchiwało mnie dwóch mężczyzn: jeden był od pytania i pisania, a drugi, jak się potem okazało, był od bicia. Postawili mnie przed swoim biurkiem w odległości ok. 2 m. Obok stało krzesło. Na koniec zadawanych pytań i na koniec moich odpowiedzi, wstał ten nie piszący i oznajmił mi, że to co do tej pory było przeze mnie powiedziane, jest wielkim kłamstwem i teraz to on mnie nauczy mówić prawdę. Wyciągnął pałę i chciał z tą pałą do mnie podejść. Wtedy chwyciłem to stojące krzesło, zasłoniłem się nim i odwrzeszczałem mu: „ Co ja wam złego zrobiłem? To że byłem w AK? Też walczyłem o Polskę! Skoro nie zabili mnie Niemcy, to teraz wy mnie zabijcie. Strzelaj, ale dotknąć się n nie dam!”

Mój krzyk zamurował ich obydwu. Długo milczeli. W końcu wyprowadzili mnie do osobnej sali, gdzie nie było nic. Ani gdzie usiąść, ani czego się napić. Było późno. Znów przyszli po mnie – na przesłuchanie. Ale już przesłuchiwał mnie tylko jeden. Ten sam co pytał i pisał. Znów zaczął pytać i pisać. Sześć stron protokołu. Na koniec podsunął mi protokół, żebym podpisał.

Ale ja zażądałem, że muszę ten protokół osobiście przeczytać przed podpisaniem. Okazała się, że co innego mówiłem, a co innego on napisał. Nie chciałem podpisać takiego protokołu. Wtedy przesłuchujący mnie mówi, żebym napisał do protokołu zastrzeżenia. Piszę więc zastrzeżenia, do każdej strony, do każdej niemalże linijki. Znów kilka stron pisania. Jest noc. Kończę swoje zastrzeżenia, podpisuję się pod nimi. Wtedy Ubek podsuwa mi do podpisania także swoje protokoły. Ale ja nie byłem taki głupi i jego protokołu nie podpisuję. Od razu sobie wyobraziłem, że za chwilę mój protokół pójdzie do kosza, a jego będzie jedynym ważnym protokołem. Znów opór w śledztwie. Ostatecznie zgodziłem się napisać swoje rozbieżności, ale bezpośrednio na tekście jego protokołu. Ostatecznie doszło do zakończenia przesłuchania. Ubek powiedział mi, że jestem wolny. Na portierni siedzą milicjanci i śmieją się do siebie. Krata jest zamknięta. Nikt się nie podnosi. Myślę, że teraz to mnie zaprowadzą, gdzie indziej. Tymczasem otrzymuję dokumenty i krata otwiera się automatycznie. Było rano, gdy wróciłem.

Ze zmęczenia cały się trząsłem.

Dodaj komentarz