Dziewczynka stała przed oknem, wpatrując się w dal. Właśnie straciła piłeczkę, którą dostała od mamy na piąte urodziny. Stało się to na placu zabaw. Zostawiła ją tylko na chwilę na ławce, żeby przywitać się z koleżanką, lecz gdy wróciła, piłeczki już nie było. Jak powiedzieć o tym mamie? A może jeszcze nie mówić?
I wtedy za szybą, na parapecie, wylądowała sierpówka. Na pewno przyleciała po smakołyki. Jesienią zeszłego roku, wracając z mamą z zakupów, znalazły ją pod marketem – oszołomioną, zapewne po uderzeniu w szybę. Mama nieraz ratowała ptaki, więc zabrały ją do domu. Sierpówka wyzdrowiała i zaprzyjaźniła się z dziewczynką.
– Lubi cię, ta sierpówka, Olu – zauważyła mama. – Może nadasz jej jakieś imię? Może nauczy się przylatywać także na twoje zawołanie? – zaproponowała.
– Perełka … Ma piórka bardzo podobne do sierści naszej Perełki – odpowiedziała dziewczynka.
– Rzeczywiście nasza kotka Perełka też była szara, dokładnie jak ta sierpówka.
I tak sierpówka została Perełką.
Ta wizyta Perełki nie była jednak taka jak wszystkie. Ola i ptaszek długo patrzyły na siebie w milczeniu, jakby rozumiały, że stało się coś ważnego. Perełka cierpliwie czekała na parapecie.
„Napiszę list do krasnoludka. Opiszę, co się stało. Na pewno mi pomoże” – postanowiła dziewczynka. Była pewna, że jej list dojdzie, tak jak ten ostatni do świętego Mikołaja.
– Poczekaj jeszcze chwilę, Perełko – zwróciła się do sierpówki. – Mam dla ciebie ważne zadanie.
Dziewczynka usiadła przy biurku i list napisała. Z białego papieru zrobiła małą kopertkę, zaadresowała ją dużymi literami i włożyła do środka krótki liścik. Na kopercie, zamiast znaczka, przykleiła naklejkę ze złotym serduszkiem. Zanim położyła przesyłkę na parapecie, nasypała sierpówce garść prosa, które ptaszek lubił najbardziej.
– Perełko, bardzo bym chciała, aby ten liścik dotarł do jakiegoś krasnoludka. Może ktoś ci pomoże? Bardzo mi na tym zależy – szepnęła Ola. Sierpówka, gdy tylko skończyła posiłek, spojrzała na nią karmazynowymi paciorkami oczu, chwyciła list w mały, czarny dzióbek i odleciała.
W Szkaradkowie od rana panowało zamieszanie. Rabanu narobiła wiewiórka, która domagała się natychmiastowego widzenia z królem Karolem.
– Król jeszcze śpi – odpowiedział jej krasnal Latarnik, który właśnie kończył nocny dyżur.
– To jest bardzo ważna sprawa! Powiedz mu, że mam list polecony i nie mogę czekać, aż się wyśpi – odparła niecierpliwie wiewiórka.
Wkrótce król wyszedł przed pałac i zapytał zaciekawiony:
– Cóż to polecony, który przynosi sąsiadka zamiast listonosza? – zażartował.
Wiewiórka trzymała w łapkach pogniecioną kopertę ze złotym serduszkiem, które ledwo trzymało się papieru.
– A gdzież on leżał, że tak zmarniał? – zapytał król.
Wiewiórka podając królowi kopertę odpowiedziała:
– Przed świtem dostałam go od sowy. Wyglądała na bardzo zmęczoną i cała była w pajęczynach… – zaczęła opowiadać wiewiórka.
Okazało się, że dzięcioł jeszcze przed wschodem słońca tak mocno walił w drzewo, że wyrwał sowę ze snu. Gdy się ocknęła i poleciała sprawdzić, co się dzieje, dzięcioł błagał o pomoc. Położył list na gałęzi, by wyciągnąć kornika spod kory, a wtedy list wpadł prosto w gęste pajęczyny. Sowa pomogła mu go wydostać.
– Podobno dzięcioł znalazł ten list na brzegu potoku – kontynuowała wiewiórka. – Zobaczył na kopercie złote serduszko i dopisek, że to „do rąk własnych krasnoludka”. Zauważył też krążącą nad nim srokę i bał się, że ona ukradnie błyszczącą naklejkę, więc szybko zabrał list, by dostarczyć go do Szkaradkowa.
W tej samej chwili nadleciała wspomniana sroka. Usiadła na wysokiej brzozie i zaczęła skrzeczeć:
– To nieprawda! Nie chciałam go ukraść! – protestowała na cały głos. – Widziałam, jak upuściła go sierpówka. List wylądował w wodzie i ledwo wyciągnęłam go na brzeg. Przeczytałam, że jest do krasnoludka i że „do rąk własnych”. Chciałam go przynieść tutaj, ale wtedy nadleciał dzięcioł i mi go zabrał! Ale dlaczego niosła go sierpówka? Ma przecież za mały dziób na takie paczki – stwierdziła i odleciała.
Całe Szkaradkowo słyszało tę sroczą awanturę.
Król odebrał list i zawezwał do siebie Pana Profesora.
„ To nie może być zwykły list polecony” – zamyślił się kładąc list na stole.
Pan Profesor, który właśnie organizował zawody o tytuł „Lewego” w strzałach do bramki piłką golówką, przyszedł po chwili.
– Proszę spojrzeć, Panie Profesorze – zagadnął król. – Ten list ma za sobą trudną podróż, co zresztą widać.
Pan Profesor przyjrzał się przesyłce uważnie.
– „DLA KRASNOLUTKA DO RĄK WŁASNYH” – odczytał z trudem. – Brak nadawcy, a znaczek ledwo się trzyma. Nigdy takiego nie widziałem. Trzeba go otworzyć.
Za pomocą małego nożyka do obierania grzybów Pan Profesor ostrożnie otworzył kopertę. List był napisany dużymi literami, z błędami, bez kropek i przecinków, ale Pan Profesor nie zwracał na to uwagi. Czytał na głos, a król słuchał w skupieniu:
KOCHANY KRASNOLUTKU POTRZEBUJE CZARODZIEJSKIEJ RUSZCZKI CHCE ŻEBY MI WYCZAROWAŁA PIŁECZKE TAKOM SAMOM JAKOM DOSTAŁAM OD MAMY NA PIĄTE URODZINY BYŁAM NA PLACU ZABAW POŁOŻYŁAM JOM NA CHWILE NA ŁAWCE A JAK WRUCIŁAM TO JEJ NIE BYŁO NIE POWIEDZIŁAM MAMIE BO NA PEWNO BYŁO BY JEJ SMUTNO CZY MI POMOŻESZ MIESZKAM W KOPERKOWIE PRZY ALEI RÓŻ NUMER 4 OLA
Spojrzeli na siebie pytająco. W tym momencie zza okna dobiegł radosny wiwat i dźwięk gwizdka. „Wiktoria!” – usłyszeli.
– Idziemy? – zapytał król.
– Idziemy – opowiedział Pan Profesor.
Wiktoria właśnie kończyła swój triumfalny taniec po zwycięskim golu.
– No to mamy krasnoludkę na misję – orzekł król.
– Powinna sobie poradzić. Jest odważna i silna– stwierdził Pan Profesor.
– Ale co z różdżką?
– Wiktoria poradzi sobie bez niej. Przyda jej się za to szkaradkowy kamień – dodał Pan Profesor.
To była pierwsza misja krasnoludki Wiktorii. Do potoku pomogła jej dotrzeć wiewiórka, a wodę pokonała na grzbiecie dzięcioła. Zanim sroka podwiozła ją pod wskazany adres, przeżyły prawdziwe chwile grozy. Nad placem zabaw w Koperkowie zaatakował je wielki czarny kruk. Wiktoria musiała mocno trzymać się piór, gdy sroka wykonywała gwałtowne uniki i korkociągi nad huśtawkami. Wiatr o mało nie porwał jej czerwonej czapeczki. Na szczęście sroka zanurkowała w gęste zarośla i zgubiła kruka. Gdy wylądowały, Wiktoria była potargana, a jej zielona bluza i granatowe spodenki – nico się pobrudziły.
– Będę krążyć w pobliżu. Jak skończysz, zagwiżdż trzy razy – obiecała sroka i odleciała.
Zmęczona krasnoludka wyjęła z plecaka szkaradkowy kamień i przytuliła go mocno. „Dam radę” – wyszeptała. Po chwili odpoczynku postanowiła zajrzeć na plac zabaw. Na ławce przy piaskownicy siedziała smutna dziewczynka. „To na pewno Ola?” – pomyślała sobie i niepostrzeżenie usiadła obok.
– Hej! To ty pisałaś do krasnoludka? – zapytała piskliwym głosem.
Ola przetarła oczy, jakby ją wyrwana ze snu.
– Krasnoludek? – zdziwiła się.
– Mam na imię Wiktoria. Starałam się przyjść jak najszybciej, ale ten kruk …
– Tak, on ma tam gniazdo – Ola wskazała wysoką sosnę.
– Znalazła się już twoja piłeczka?
– Nie – odpowiedziała krótko dziewczynka.
– Nie mam różdżki, bo jestem krasnoludką, a nie wróżką. Ale mam coś, co rozgoni twój smutek. My, krasnoludki ze Szkaradkowa, mamy kamienie. Mają magiczną moc, którą nadaje im nasz król osobiście.
Wiktoria wyciągnęła z plecaka dwa niebieskie kamienie opieczętowane wizerunkiem krasnala. Jeden podała dziewczynce.
– Jeden jest dla ciebie.
Przez długi czas siedziały razem, rozmawiając. Wiktoria opowiadała o Szkaradkowie, o szkole i o tym, jak zdobyła tytuł „Lewego” w zawodach piłkarskich.
– Wy też gracie w piłkę? – dziwiła się Ola.
– Oczywiście. Sport to zdrowie – uśmiechnęła się krasnoludka.
Długo siedziały na ławce i rozmawiały, a smutek Oli powoli znikał. W końcu Wiktoria dziarsko zeskoczyła na ziemię.
– Do wieczora jeszcze daleko. Weźmy nasze magiczne kamienie i poszukajmy zguby! – zaproponowała.
Zaglądały w każdy kąt, sprawdzały pod krzewami i za każdą kępką trawy. Nagle Wiktoria zawołała radosnym piskliwym głosem:
– Olu! Chodź tutaj! Chyba coś mam!
– Gdzie jesteś? – dopytywała dziewczynka, rozglądając się dookoła.
– Tutaj! Pod krzakiem przy ogrodzeniu, za ławką!
Ola pochyliła się nisko i wtedy ją zobaczyła – swoją piłeczkę. Była tak szczęśliwa, że podniosła z ziemi i piłkę, i krasnoludkę, dziękując jej serdecznym uściskiem i buziakiem.
– Moja misja skończona – stwierdziła Wiktoria, poprawiając czapeczkę.
– Czy mogę zatrzymać ten niebieski kamień? – zapytała Ola, ściskając skarb w dłoni.
– Tak, jest twój. Pamiętaj tylko, by nie oddawać go nikomu. On zawsze przypomni ci o Szkaradkowie.
Gdy Wiktoria odeszła kawałek, przystanęła na chwile, podziwiając, jak Ola radośnie kozłuje piłkę. Potem ułożyła palce w charakterystyczny sposób i zagwizdała trzy razy. Sroka nadleciała niemal natychmiast, lądując miękko obok niej.
– Jak misja? – zapytała, mrużąc oko.
– Piłeczka odnaleziona! – zameldowała Wiktoria, zręcznie wskakując na grzbiet ptaka.
– No to lecimy. Król Karol na pewno będzie z ciebie dumny! – odrzekła sroka, wzbijając się w powietrze w stronę Szkaradkowa.
