To była historia prawdziwa – żadna z bajek, jakie krasnoludkom ze Szkaradkowa czytywała sąsiadka Zielarka. Krasnoludek Janko przeżył ją osobiście, na własnej skórze.
Król Karol ogłosił wielkie grzybobranie. Dzień zapowiadał się piękny i owocny. Krasnale z koszami i krasnoludki z plecakami wyruszyli o świcie. Radośnie, w rytmie wyśpiewywanego szkaradkowego hymnu, wkroczyli do lasu. Jednak ten las był inny niż te, które znali. Powietrze nagle stało się zimne i ciężkie; pachniało zgnilizną i wilgotną ziemią. Leśną ciszę przerywał jedynie złowrogi szum wiatru i tajemnicze głosy. Drużyna nie czuła jednak lęku. Trzymali się wszyscy razem, a krasnoludki pozostawały pod czujną opieką starszyzny. Nawoływali się wzajemnie i radośnie pohukiwali – w gęstwinie było naprawdę gwarno.
Janko, oprócz plecaka, niósł pod pachą swoją lirę. Był przekonany, że muzyka pomaga mu w zbiorach – czy to jagód, czy poziomek, a w szczególności grzybów. Grał w królewskiej orkiestrze; był wyjątkowo zdolny i wrażliwy na dźwięki. Nawet w największym zgiełku potrafił usłyszeć trzepot skrzydeł motyla, czy cichy płacz dżdżownicy ukrytej głęboko pod ziemią.
Minęła dłuższa chwila, gdy Janko dostrzegł w oddali, pomiędzy dwoma sędziwymi olchami, rodzinę borowików. Każdy był wyniosły i smukły dumnie prezentując złoty kapelusz. Krasnoludek uśmiechnął się na widok maluchów, które stając na palcach, próbowały dorównać wzrostem starszyźnie. Nagle z przeciwnej strony dobiegł go dźwięk, którego nie znał. Na pewno nie był to szum wiatru ani skrzypienie starego pnia. To było coś … całkowicie obcego. Coś, co sprawiło, że struny liry drgnęły niemal niedostrzegalnie. Janko zatrzymał się i położył dłoń na strunach liry, by uciszyć drżenie. Nasłuchiwał jeszcze przez moment, po czym z uśmiechem pomachał i ruszył w stronę nieznanego odgłosu.
Z gęstej mgły wyłoniły się, niczym wyniosłe damy, dwa wysokie niebieskofioletowe dzwonki. Były tak urocze, że Janko na sekundę zapomniał o celu swoich poszukiwań. Nie zauważył nawet, kiedy zamilkły głosy jego towarzyszy. Zauroczony podszedł bliżej, zadzierając głowę, by przyjrzeć się ich niezwykłej urodzie. Kwiaty spojrzały na niego z góry i nagle ucichły. Zapadła tak głęboka cisza, że krasnoludek znów usłyszał ten sam lękliwy dźwięk. Dobiegał z przyziemnej, jasnozielonej różyczki, której liście lśniły, jakby wysmarowano je tłustym olejkiem. Nie był to łabędzi śpiew, raczej szeptana litania do utraconego słońca – tak cicha, że tylko wrażliwe ucho mogło ją pochwycić. Wtedy Janko zobaczył, że na jednym liściu siedzi motyl w kolorze wyschniętej kory. Miał złożone skrzydełka, jak dłonie do modlitwy. Krasnoludek uklęknął na wilgotnym mchu, starając się nie urazić mięsistej rośliny – tłustosza. Wtedy motyl rozłożył skrzydła, spojrzał na niego wielkimi oczami i umilkł. Janko natychmiast go rozpoznał – widywał go przecież w ogrodzie Zielarki, gdy przesiadywał na kwiatach budlei.
– Rusałka? – zapytał zaskoczony. – Ty płaczesz?
– Och, jakże byłam nieostrożna… Chciałam tylko odpocząć. Nie wiedziałam, że ten tłustosz jest potworem – westchnęła. – Wiem, że muszę zostać w jego niewoli, że już nigdy nie spotkamy się w Szkaradkowie przy budlei Zielarki. Kiedy zasnę, odepnij moje skrzydła. Mają czarodziejską moc. Zabierz je ze sobą – mówiła szeptem.
– Mogę zanucić ci moją nową kołysankę? – zapytał cicho Janko.
Rusałka Pawik uśmiechnęła się i zapytała o jego imię.
– Janko – odpowiedział.
– Janko … – wyszeptała. – Prawdziwy z ciebie Janko Muzykant. Zaśpiewaj mi, proszę.
Janko uniósł lirę i patrząc jej w oczy, zaczął śpiewać:
„ Dzień budzi się o świcie, wieczorem idzie spać. Czeka na sen, co przyjdzie, opowie jemu baśń … Jak wstaje dzień o świcie, wieczorem idzie spać. Czeka na sen, co przyjdzie, opowie jemu baśń… Jak wstaje dzień…”.
Rusałka zamknęła oczy. Janko uciszył struny i położył lirę na mchu. Gdy zasnęła głębokim snem, pochylił się nad nią i ostrożnie odpiął jej skrzydła. W chwili dotyku poczuł pod palcami ciepłe drżenie i usłyszał echo dawnych wspomnień, gdy podziwiał jej taniec na kwiatach budlei w ogrodzie Zielarki.
Z nabożną czcią włożył je między kartki zeszytu, który trzymał w tylnej kieszeni plecaka. Odchodząc, spojrzał na nią po raz ostatni – leżała spokojnie, przykryta jasnozielonym liściem.
Nie oglądał się już za siebie. Szedł prosto, zbierając grzyby. Gdy słońce znajdowało się na wysokości czterech palców nad horyzontem, jego kosz był już pełen. „Wracam do Szkaradkowa” – postanowił.
Wkrótce usłyszał radosne głosy towarzyszy, opowiadających o swoich przygodach. Dołączył do nich w milczeniu, nucąc pod nosem swoją nową kołysankę.
W Szkaradkowie, gdy wszyscy zaprezentowali swoje zbiory, król nagrodził ich ogromną torba trufli. Janko wrócił do domu, wyciągnął z plecaka zeszyt z ołówkiem. Na chwilę odłożył skrzydła Rusałki i na wolnej stronie zapisał:
„ Nie każda pieśń musi być radosna, by stać się darem”.
Podpisał: Janko Muzykant ze Szkaradkowa.
Jeszcze raz spojrzał w oczy Rusałki namalowane na skrzydłach, zamknął zeszyt i położył się spać nucąc cicho o śnie, który może przyjdzie i opowie mu nową baśń…
