To był wyjątkowy dzień w Szkaradkowie. Był wczesny ranek, gdy przed bramą zgromadzili się wszyscy mieszkańcy. Przygotowano flagę, orkiestrę i chór do odśpiewania hymnu. Gdy Traszka, odpowiedzialna za rozpoczęcie uroczystości, zadzwoniła w dzwoneczki, z pałacu wyszedł król Karol. Razem z nim kroczył pan Profesor – surowy jak zawsze, choć w jego oczach czaił się smutek nauczyciela, który wypuszcza w świat najlepszego ucznia. Obok nich szedł Leoś.
Stanęli we trójkę przed społecznością. Zaśpiewano hymn Szkaradkowa, po czym zapanowała cisza, jakiej dawno nikt nie pamiętał. Nawet wiatr wydawał się wstrzymywać oddech, by nie zakłócić powagi uroczystości. Leoś, któremu w głowie wciąż brzmiały słowa pana Profesora o „wielkiej misji” i „ludzkim świecie”, poprawił czerwoną czapeczkę oraz szelki ciężkiego plecaka i uśmiechnął się do nauczyciela. Pan Profesor kiwnął głową w stronę króla.
Król podszedł do Leosia, a jego aksamitny, czerwony płaszcz zaszeleścił.
– Leosiu! – zwrócił się król do krasnoludka. – Idziesz w świat jako ambasador Szkaradkowa. Za chwilę otrzymasz ode mnie królewski kamień z moją pieczęcią. Taki sam, jaki otrzymali nasi poprzedni ambasadorowie. To nie jest ciężar – to twoja kotwica. Ilekroć zapomnisz o czymś, czego uczyłeś się w szkole, dotknij tej kotwicy. Ona ci wszystko przypomni i pomoże wskazać drogę.
Pan Profesor wyjął z pudełeczka przygotowany kamień w kolorze flagi i podał go królowi.
– Pamiętaj także, Leosiu! – kontynuował król, pieczętując kamień. – Tam, gdzie ty staniesz, tam stanie prawo naszego królestwa. Nawet jeśli dookoła zobaczysz tylko chaos … I pamiętaj, że Szkaradkowo na ciebie czeka. A ten kamień będzie ci o tym zawsze przypominał.
Leoś odebrał niebieski kamień z czerwoną królewską pieczęcią. Był chłodny, gładki i dziwnie ciężki, choć mieścił się w niewielkiej dłoni krasnoludka. Podali sobie ręce, a wszyscy mieszkańcy bili im brawo.
Gdy ucichły brawa, żółta brama królestwa zamknęła się za plecami Leosia. Otworzył się przed nim cały świat. Dotychczasowe wyprawy do lasu czy wycieczki na „koniec świata” z panem Profesorem były dużym doświadczeniem, ale mimo to krasnoludek poczuł nagły lęk. Zatrzymał się na chwilę, wyciągnął z plecaka królewski kamień i przytulił go do piersi. „Dam radę” – powiedział głośno i schował na miejsce.
Poprawił czapkę, szelki plecaka i ruszył przed siebie. Idąc przez las, dla nabrania pewności, śpiewał hymn Szkaradkowa. Gdy dotarł do trzeciej zwrotki: „Krasnal w najciemniejszym lesie znajdzie uśmiech i przyniesie”, uśmiechnął się do siebie. Po skończonej pieśni usiadł na kępie mchu. Wyciągnął z plecaka notes z ołówkiem, który podarował mu pan Profesor, i na pierwszej stronie zapisał końcówkę hymnu: „Nie zabraknie dzieciom bajek. Wiwat! Niech żyją krasnale!”. Pod spodem dodał: „Krasnoludek Leoś ze Szkaradkowa”.
Szedł długo, aż las zaczął się zmieniać. Zapach żywicy i mchu został nagle przerwany przez coś drażniącego. To nie był dym z samochodów, ale coś zupełnie obcego. Pod starym dębem Leoś zobaczył wysypisko śmieci: puszki, butelki, szmaty, gruz. Już miał wyciągnąć notes, gdy usłyszał pisk opon i trzask bagażnika. Wielki mężczyzna ciągnął czarny wór w stronę dębu. Leoś natychmiast schował się pod paproć.
Mężczyzna wysypał śmieci i szybko odszedł. Pod drzewem leżały słoiki, puszki, spleśniały chleb, a nawet listy i rachunki. Leoś zauważył, że na kopertach widnieje to samo nazwisko i adres. „Wróci. Na pewno tu wróci. Zrobię mu niespodziankę” – pomyślał. Przez cztery koperty z adresem przeciągnął sznurki i zawiesił je jako „drogowskazy” na trasie mężczyzny.
Wieczorem, zmęczony, postanowił: „Zapiszę wszystko w notesie, gdy będzie już po sprawie”.
Trzeciego dnia rano znajomy pisk opon wyrwał Leosia ze snu. To był ten sam mężczyzna z kolejnym workiem. Jednak tym razem, gdy tylko wszedł do lasu, zatrzymał się gwałtownie. Spojrzał na białą kopertę tańczącą na wietrze. Nerwowo ją zerwał. Potem drugą z krzaka dzikiej róży i trzecią ze starej rury, która leżała w pobliżu wysypiska. Czwarta wisiała nad samym wysypiskiem. Mężczyzna musiał podskoczyć, by ją zdjąć, a gdy to zrobił, Leoś usłyszał siarczyste przekleństwo.
To, co stało się potem, zaskoczyło krasnoludka. Mężczyzna zaczął nerwowo pakować wyrzucone wcześniej papiery i listy z powrotem do worka. Właśnie wtedy nadeszło dwóch leśników w oliwkowozielonych mundurach.
– Dzień dobry! Straż leśna. Pana auto? – zapytał jeden z nich.
Mężczyzna wyprostował się, trzymając pełny worek śmieci.
– Darz Bór! – zasalutował drugi leśnik. – Jedni śmieci wyrzucają, a inni je sprzątają. Zamiast mandatu, wypada nam podziękować panu za dbanie o las.
Mężczyzna, chcąc uniknąć kary, brnął w kłamstwo:
– No tak … wysiadłem za potrzebą, zobaczyłem ten bałagan i właśnie go pakuję.
Leśnicy, udając wdzięczność, poprosili go o dowód osobisty do „nagrody w gazecie”.
Mężczyzna nie protestował. Gdy odeszli do samochodu, on jeszcze długo wracał pod dąb, nerwowo sprzątając każdy papierek i kawałek gruzu, byle tylko nie zostawić śladu swojego nazwiska.
– Nudna ta robota – stwierdził Leoś, uśmiechając się pod wąsem. Poszedł do swojej kryjówki, wyciągnął notes i zaczął pisać: „Bajka o śmieciach w lesie. Kiedy wyruszyłem na moją pierwszą misję …”.
Gdy zbliżał się wieczór, mężczyzny już nie było. Pod dębem zostały tylko słoiki z pieczarkami i puszki z groszkiem oraz resztki chleba. Leoś pomyślał, że może człowiek nie miał ich czym otworzyć. Rano, tuż przed wyruszeniem w dalszą drogę, krasnoludek zobaczył, że spleśniały chleb zniknął – las sam go zagospodarował.
Wtedy Leoś dotknął swojego królewskiego kamienia. W jego myślach powróciły słowa z „Małego Księcia”, o których opowiadał pan Profesor: że stajemy się odpowiedzialni za to, co oswoiliśmy. Leoś poczuł, że właśnie „oswoił” ten kawałek lasu. Wyciągnął notes z ołówkiem i dopisał na końcu swojej bajki: „Moja pierwsza lekcja: aby naprawić świat, czasem wystarczy papierowa koperta i odrobina wstydu”.
Podpisał się: „Leoś ze Szkaradkowa”.
