To był trudny czas dla mieszkańców Szkaradkowa. Wszystko zaczęło się od potężnej burzy, która przetoczyła się przez królestwo, wdzierając się do piwnic i niszcząc zimowe zapasy. Król Karol z ciężkim sercem, musiał wysłać część krasnoludków na służbę w daleki świat. Mieszkająca opodal Zielarka pomagała sąsiadom, jak tylko mogła. Pocieszała wszystkich mówiąc, że wszystko co ma początek, musi mieć też koniec.
Wszyscy z utęsknieniem czekali na wiosnę. Długie, zimowe wieczory były wyjątkowo smutne, dlatego krasnoludki chętnie odwiedzały chatkę Zielarki. Tam, przy kubku gorącego naparu i chrupiących sucharkach ze skórek chleba, słuchały opowieści o ludzkim świecie.
W końcu puściły lody i zawitała wiosna. Starsze krasnale wróciły do pracy, a krasnoludki do szkoły. Semestr minął błyskawicznie i nadeszły wakacje. To były pierwsze wakacje, podczas których nikt nie wyruszył na koniec świata w poszukiwaniu przygód. Wszystkie krasnoludki zostały w Szkaradkowie.
Dwaj bracia bliźniacy (krasnoludki Janek i Franek) często wypuszczali się sami na kilkudniowe wyprawy do lasu. Odkryli tam miejsca tak obfite w jagody, poziomki i inne leśne przysmaki, że ich plecaki zawsze były pełne. Upatrzyli sobie szczególne wzgórze na środku polany, z którego niebo wydawało się tak bliskie, jakby gwiazdy były na wyciągnięcie ręki.
Tej nocy, gdy postanowili zostać na wzgórzu, powietrze pachniało macierzanką, a cisza była tak głęboka, że słyszeli własne oddechy. Nawet świerszcze cykały dyskretniej niż zwykle. Janek i Franek wiedzieli, że nadszedł czas spadających gwiazd.
– Myślisz, że one wiedzą o nas wszystko? – zapytał szeptem Janek.
– Kto wie… Toż to gwiazdy. Może patrząc na nas z góry, widzą każdy nasz krok – odpowiedział Franek.
– Pamiętasz, jak Zielarka opowiadała nam o Jacku i Placku? – zapytał Janek.
– O tych bliźniakach z ludzkiej bajki, co ukradli księżyc? – dopytywał Franek.
– Ale my nie będziemy porywać księżyca, Franku. To zbyt niebezpieczne – odpowiedział Janek. – Nie o to mi chodzi. Ale gdybyśmy tak choć jedną spadającą gwiazdę znaleźli i zanieśli ją królowi?
– Świetny pomysł, Janku. Król Karol na pewno by się ucieszył – zawołał podekscytowany Franek, aż stanął na równe nogi. – Jutro zaniesiemy, co zebraliśmy dzisiaj i przygotujemy się do specjalnej misji.
W Szkaradkowie od dawna nie rozmawiano o marzeniach. Liczyło się tylko to, czy starczy mąki na chleb. Król rzadko się uśmiechał, a na jego czole przybyło zmarszczek od zmartwień. Janek i Franek wierzyli jednak, że niebo skrywa skarby, które mogą przywrócić nadzieję wszystkim mieszkańcom Szkaradkowa.
Gdy nadeszła noc zapowiadanego niebieskiego spektaklu, bliźniacy byli już na miejscu. Zdjęli plecaki i rozsiedli się na puszystym mchu, czekając, aż niebo przybierze barwę rozlanego granatowego atramentu. Nagle ponad ich głowami mignęła srebrna kreska.
– Zaczyna się – szepnął Janek.
– Żeby tylko żadna nie spadła nam na głowy – dodał Franek.
Z każdą minutą niebo stawało się coraz bardziej ruchliwe. Spadające gwiazdy wyglądały jak świetliste włócznie wyrzucane przez niewidzialnych olbrzymów.
– Myślisz, że są gorące? – zapytał Janek.
– Może nie wszystkie, ale te złote mogą być gorące – odpowiedział Franek.
Nagle, tuż nad czubkami sosen, przeleciał wyjątkowo jasny bolid, jaśniejszy od księżyca w pełni. Nie zniknął od razu. Ciągnął za sobą ogon barwy miodu i z metalicznym świstem uderzył w kępę paproci na skraju polany. Ziemia zadrżała głucho, jakby ktoś uderzył w wielki, podziemny bęben.
– Widziałeś? Spadła tam, przy starej jarzębinie! – zawołał Franek. – Musi być ciężka, złoto zawsze waży swoje.
Ruszył w stronę jarzębiny, ale w tym samym momencie po drugiej stronie polany rozbłysło drugie światło, jeszcze jaśniejsze.
– Janek! Biegnij do niej, zanim zgaśnie! – zawołał Franek
Gwiazda Franka była wielkości niedużej dyni. Biło od niej kojące ciepło i blask polerowanego srebra. Kiedy krasnoludek jej dotknął, poczuł, jak nagle wstępują w niego nowe siły. Choć nie jedli tego wieczoru kolacji, poczuł się najedzony i radosny. Ostrożnie ułożył znalezisko przy plecaku.
Janek natomiast odnalazł gwiazdę lśniącą szafirowym błękitem. Była mniejsza, ale gdy wziął ją w dłonie, poczuł tak wielką czystą radość, że ledwo powstrzymywał się od odśpiewania hymnu królestwa. Z ogromnym uśmiechem niósł swój kamień. Gdy tylko bracia spotkali się i pokazali sobie znaleziska, ich humory poprawiły się natychmiast.
– Ależ zafundowaliśmy sobie na dzisiaj kolację – zażartował Janek.
Franek roześmiał się i razem, nucąc pod nosem, zatańczyli na polanie szkaradkowego walca w rytmie na raz-dwa-trzy.
O świcie ruszyli do Szkaradkowa. W osadzie panowała głucha cisza, ale oni szli prosto do króla. Przy drzwiach pałacu zatrzymał ich królewski strażnik.
– W jakiej sprawie przychodzicie? – zapytał.
– W ważnej sprawie – pewnie odpowiedział Franek.
Strażnik wszedł do środka i po chwili wrócił, otwierając im drzwi.
– Król powiedział: „Niech wejdą”.
Król Karol siedział w sali tronowej pochylony nad księgą rachunkową. Obok niego pan Profesor przecierał okulary, wyglądając na równie zatroskanego.
– Królu Karolu! Znaleźliśmy na wzgórzu coś niezwykłego – zaczął Franek.
– Pokażcie te swoje okazy. Czy to jakieś nowe trufle? – zapytał król z wymuszonym uśmiechem.
Bliźniaki położyły na stole dwa kamienie. Pan Profesor oniemiał, a król gwałtownie uniósł się z tronu.
– Na brodę najstarszego krasnala! Toż to Mizar i Alkor z Wielkiej Niedźwiedzicy! – zakrzyknął pan Profesor, badając znaleziska. – Ta większa, srebrzysta to Mizar. Niebiański Woźnica. Jej moc przyciąga dostatek i pomyślność. A ten mały szafir to Alkor. Niebiański Konik. Widzicie jak mruga? To impuls czystej radości. – Panie Profesorze! Szacunek dla wiedzy, jaką posiadasz- odezwał się król, nie mogąc oderwać wzroku od blasku na stole. – Ale dlaczego Niedźwiedzica je wyrzuciła?… – mruknął król.
– Wprost nie mogę w to uwierzyć – odpowiedział pan Profesor.
Janek i Franek nieco posmutnieli.
– To może my je odniesiemy z powrotem na wzgórze? – zapytał cicho Janek.
– Panie Profesorze – dodał Franek. – A czy one mogą kiedyś wrócić do swojej Niedźwiedzicy?
Pan Profesor podszedł do krasnoludków, objął je ramionami i odpowiedział ciepło:
– Marzenia się spełniają, moi drodzy, zwłaszcza, gdy pomagają im krasnoludki o tak szczerych sercach.
Król wyciągnął z szuflady ozdobną torbę i podszedł z nią do krasnoludków. Promieniując dawnym blaskiem powiedział:
– Przynieśliście do Szkaradowa skarb, o jakim nawet nie śmiałem śnić – nadzieję. Znaleźliście gwiazdy, więc zasłużyliście na to, co mamy najlepszego. Trufle. Zabierzcie je wszystkie.
Kiedy Janek i Franek wychodzili z pałacu, zatrzymali się przy strażniku. Franek z uśmiechem sięgnął do torby i wyciągnął jedną, dorodną truflę.
– Poczęstuj się, proszę. To dzięki tobie król na przyjął.
Zaskoczony strażnik przyjął rarytas i poklepał Janka po ramieniu.
– To musiała być naprawdę ważna sprawa, chłopacy. Dziękuję.
W Szkaradkowie tego dnia po raz pierwszy od wielkiej burzy, znów słychać było radosny śpiew.
