Król Karol

Szkaradkowo to magiczny zakątek na dalekim odludziu, gdzie mieszkały krasnoludki. Założył je stary Krasnal lata temu, gdy szukał dla siebie miejsca na ziemi. Z czasem do tego zakątka sprowadziła się jego rodzina, a także inne krasnoludki, nawet z kosmosu. Szkaradkowo było osadą, której niejeden król by pozazdrościł. Wszystko, co do życia było krasnoludkom potrzebne, w ich osadzie być musiało.

Wydarzenie, które miało miejsce pewnego dnia, zapisało się wyjątkową kartą w historii Szkaradkowa. Tego dnia krasnoludki Paulo i Pedro wybrały się do lasu po trufle. Z racji swojego kosmicznego pochodzenia często obserwowały niebo. Gdy słońce było nad horyzontem już tylko na pół palca, Paulo zauważył:

– Pedro! Zaraz zrobi się ciemno, a mieliśmy wrócić przed wieczorem. Wracajmy.

– Tak, Paulo. Tylko usiądźmy na chwilę i sprawdźmy, czy czasem nie zaniesiemy w koszykach oprócz trufli jakiegoś intruza – zaproponował Pedro. – Przy okazji policzmy nasze „czekoladki”.

Krasnoludki zatrzymały się na pobliskiej polanie. Znalazły wygodną kępę mchu i rozsiadły się na niej wygodnie. Nagle ich uwagę zwróciła spadająca gwiazda. Spływała ku ziemi niczym płonąca łza, ciągnąc za sobą warkocz niebiesko-białego pyłu. Wylądowała na samym środku polany z cichym uderzeniem, przypominającym pęknięcie kryształu. Rozświetliła mrok niczym pochodnia.

– Na brodę pradziada! Słońce padło nam do nóg! – zażartował Pedro.

– Nie żartuj sobie – odpowiedział Paulo. – Lepiej czym prędzej zwijajmy się stąd.

– Masz rację. Lepiej dmuchać na zimne – zgodził się Pedro.

Gdy krasnoludki poderwały się do ucieczki, nagle od strony upadłej gwiazdy dobiegł cichy, drżący jęk. To nie był dźwięk pękającej skały ani syk stygnącego metalu. To był głos.

Podeszły ostrożnie. W trawie leżał świetlisty kamień w kształcie lwa, pulsując błękitnym światłem. Z jego grzywy sypały się białe iskry.

– To król gwiazd! Widziałem go kiedyś z daleka – szepnął zdumiony Paulo. – Myślisz, że to Leo?

– Chyba nie – zastanawiał się Pedro. – Nie błękit, tylko złoto jest królewskim kolorem – dodał w uzasadnieniu swojej wątpliwości.

– Masz rację, Pedro. Nie jestem królem Leo, jestem księciem Regulusem – odezwała się nagle gwiazda.

– Co się stało, że spadłeś na ziemię? – zapytał Paulo.

– To długa historia. Nie zdążę wam jej opowiedzieć. Zaraz ostygnę i zamienię się w zwykły kamień – smutno odpowiedziała upadła gwiazda.

– Ogrzejemy cię swoimi dłońmi. Opowiedz choć w skrócie – prosił Paulo.

I książę Regulus rozpoczął swoje opowiadanie:

– Na dworze króla Leo odbywał się bal. Byłem na tym balu. Uwielbiałem tańczyć. I nagle nadleciały komety pachnące mrozem ze swoimi urokliwymi lodowymi warkoczami. „Zawirowałbyś z nami, królu?!” – szepnęły, smagając moje skronie swoimi srebrzystymi ogonami. Miałem odmówić? Zacząłem wirować między nimi. Wirować coraz prędzej i prędzej. Chciałem im zaimponować i pokazać moją mistrzowską klasę w piruetach. Robiłem: En dehors”, „En dedans”, „A la seconde”. A kiedy zacząłem popisywać się „Grand pirouette”, ich warkocze zaczęły się splatać z moimi promieniami. Wtedy wszystko zaczęło się kołysać. Zawirowało niebo i zaraz mnie … wypluło. Świat zaczął koziołkować. Pamiętam jeszcze świst powietrza…

Nagle książę Regulus zaczął drżeć. Jego blask gasł. Paulo i Pedro wzięli go w swoje dłonie, żeby mógł dalej opowiadać.

– Dziękuję – wyszeptał Regulus – I oto jestem. Król bez tronu, któremu ciągle kręci się w głowie. Za niedługo ostygnę i zostanę zwykłym kamieniem, jak wszystkie upadłe gwiazdy – dokończył swoje opowiadanie.

I wtedy odezwał się Paulo:

– Mam dla ciebie propozycję, Regulusie. Możesz być jednym z nas. Możesz nawet zostać naszym królem. W Szkaradkowie mają odbyć się wybory nowego władcy.

Regulus milczał.

– Zgadzam się – wyszeptał po długim namyśle. – Podobno czyste serca ożywiają nawet kamienie… Ale nie mogę „świecić oczami” przed komisją. Musicie mnie przygotować. Mam zabłysnąć całym swoim czekoladowym blaskiem.

– Oczywiście, dopilnujemy – powiedział Paulo.

– Będziesz naszym królem Karolem – dopowiedział Pedro puszczając oko do Paulo.

Cichutko wślizgnęli się do swojego domku. Regulus spędził noc w koszyku między truflami. Rano, gdy wstali i otworzyli drzwi domku, zapach czekoladowych trufli rozszedł się po całym Szkaradkowie. Przechodzący obok Latarnik, aż się zatrzymał zwabiony zapachem trufli.

– Wyczułem nosem trufle. Uwielbiam ten czekoladowy zapach – zagadnął. – No, no … Dwa pełne kosze – niuchał, wsuwając nos do środka. – To na dzisiejszy wieczór wyborczy?

Krasnoludkom ciarki przeszły po plecach, na myśl, że może zajrzeć do środka koszy, ale udało im się zachować tajemnicę.

Szkaradkowo przygotowywało się do wyborów. Pedro i Paulo przygotowywali trufle na powyborczy stół i z wielkim oddaniem pucowali Regulusa.

W dniu wyborów wszyscy mieszkańcy zebrali się na placu przed bramą. Pod wysoką brzozą na zielonej ławce zasiadła Komisja Wyborcza z panem Profesorem na czele. W pobliżu, pod wysokim świerkiem, stał stary Krasnal.

– Kochani moi – rozpoczął stary Krasnal. – Dobrze pamiętam ten dzień, gdy stanąłem pod tym świerkiem i zawiesiłem na nim tę oto złotą podkowę…

Nastała cisza. Król kontynuował:

– Przez lata byłem waszym zarządcą, ale dziś pragnę przekazać władzę komuś nowemu. Wybierzmy najlepszego.

Kandydatów było wielu: Latarnik, Muchomorek, Konewka, Różyczka … Gdy pan Profesor zapytał, czy to już wszyscy, wystąpili Paulo i Pedro. Przyprowadzili postać, jakiej Szkaradkowo nie widziało. Skóra kandydata lśniła niczym najszlachetniejsza czekolada. Kroczył dumnie, lecz z pokorą.

– To książę … Karol – przedstawił go Pedro, nadając mu ziemskie imię. – Przybył z daleka, by nam służyć.

Pan Profesor spojrzał surowo:

– Powiedz nam, kandydacie… Co zrobisz, gdy jesienne deszcze zaleją nasze piwnice? Będziesz tylko świecił i ładnie wyglądał?

Regulus, przedstawiony przez Pedro jako książę Karol, wyprostował się.

Nie „świecił oczami”, nie uciekał wzrokiem. Odpowiedział głosem głębokim i spokojnym:

– Wysoko w górze nauczyłem się, że każda burza ma swój kres. Nie obiecuję czarów, ale obiecuję, że przeprowadzę was przez każdą ciemność. Król nie jest od tego, by wam świecić, ale by oświetlać wam drogę.

Zapadła cisza tak głęboka, że było słychać liście spadające z brzozy. Wszyscy patrzyli na jego czekoladową twarz.

– Ale on nie jest taki, jak my… – ktoś wyszeptał z tłumu.

Odezwał się pan Profesor:

– W zaistniałej sytuacji, ogłaszam przerwę, aby każdy mógł podjąć właściwą według niego decyzję. Pamiętajmy, że odpowiedzialność za wybór nowego władcy poniesiemy wszyscy.

Po przerwie pan Profesor zarządził głosowanie. Komisja Wyborcza liczyła ważne głosy. Wszyscy czekali, aż pan Profesor ogłosi wynik.

Wstała cała komisja i pan Profesor odczytał wyniki głosowania.

– Najwięcej głosów otrzymał Karol – orzekł pan Profesor.

Zapanowała cisza.

– Niech żyje król! – zawołał stary Krasnal, a za nim całe Szkaradkowo.

Pedro i Paulo pierwsi podeszli do Regulusa, by mu pogratulować.

– Niech żyje król Karol! – z radością gratulował Pedro.

– I co, królu Karolu? – zagadnął Paulo. – Nadal kręci ci się w głowie?

Regulus uśmiechnął się, a jego czekoladowe policzki rozjaśniły się ciepłym blaskiem.

– Tak, Paulo. Ale nie od piruetów, lecz ze szczęścia.

Podszedł do Regulusa stary Krasnal niosąc złotą koronę. Spojrzeli na siebie z zaufaniem.

Krasnal nakładając mu złotą koronę powiedział:

– Królu Karolu. Tę koronę ufundowała nam Zielarka. Mieszka obok nas. Ufam, że ty także zdobędziesz jej serce.

– Mamy króla! Szkaradkowo jest królestwem! Świętujmy! – ogłosił stary Krasnal. – Marzenia się spełniają. Paulo i Pedro przygotowali dla nas niespodziankę: czekoladowe trufle.