Zanim dwaj bracia (Iwan „Wania” – starszy i Antoni „Anton” – młodszy) postawili nad Bugiem młyn w Żelewszu, byli flisakami u kodeńskich Sapiehów. Bracia nie byli bogaci, a ich łódź zwana pychówką, którą odziedziczyli po starym ojcu, była też bardzo, bardzo stara i wymagała częstych remontów. Cumowali ją przy starej rosochatej wierzbie, która wyrosła na skraju brzegu rzeki, gdzie swoją czatownię miała sowa (stary puchacz). Któregoś pięknego letniego poranka, zanim wypchnęli swoją łódkę na rzekę, młodszy brat zwrócił się do starszego brata:
– Wania, może zatrudnijmy się na jakiejś szkucie u bogatszego flisaka, bo z głodu pomrzemy.
– Tak myślisz, to pójdź i zapytaj, czy przyjmą nas obydwu do swojej załogi.
Poszedł Antoni do jednego, potem do drugiego flisaka i do innych bogatszych, ale pracy dla obydwu na jednej szkucie nie było. Jeden tylko flisak obiecał, że jak wrócą jego szkuty, to na jednej dla jednego miejsce się znajdzie. Poszedł Antoni do brata i opowiedział, czego się dowiedział. Na koniec opowiadania zapytał brata:
– No to jak zrobimy, Wania? Może to ja pójdę na tę szkutę?
– A co ze mną, Anton? Zostawisz mnie samego?
Zaskoczony Antoni odpowiedzią brata jednak nie chciał zrezygnować z propozycji flisaka. Po długim namyśle tak mu odpowiedział:
– Wania. Ty dostałeś od ojca tę pychówkę. Ja nic do niej nie mam. Jest twoja. A ja najmę się do pracy u flisaka.
Nie spodobała się Iwanowi odpowiedź brata. Podszedł do niego i patrząc prosto w oczy tak mu odrzekł:
– Anton. Jakże ty nic do niej nie masz? A ileż to lat była chlebem także i dla ciebie. A teraz, kiedy jest już stara, to chcesz ją zostawić? Tak bez żalu? Godzi się to tak?
Długo bracia stali i patrzyli sobie w oczy w milczeniu.
Zrobiło się tak cicho, jakby nagle czas się skończył. Słońce ukryło się za chmurami, nie chcąc być świadkiem tego milczenia. Wiatr ustał, szelest liści i śpiew ptaków ucichły. Nikt obok nie przeszedł, nie przebiegł. Nic nie przeleciało, a bezszelestny motyl zniknął bez śladu. Cały świat zatrzymał się w mgnieniu oka.
Stary puchacz, drzemiący w swojej czatowni, zaniepokojony nagłą ciszą otworzył lewe oko. Leniwie spojrzał w dół na dwóch braci, którzy przygotowywali swoją łódkę do wypłynięcia na Bug. Jego zaspane „uuu-uuuu” echem odbiło się o lustro wody i wróciło do jego czatowni. Zdziwiony, że echo powróciło, otworzył drugie oko.
– Uuu-uuuu, uuu-uuuu – zahuczał sobie pod nosem i jakby na rozkaz poderwał się z gniazda i majestatycznie przeleciał nad głowami braci.
Bracia spojrzeli na sowę. A ona krążąc nad ich głowami nie odpuszczała:
– Uuu-uuuu, uuu-uuuu, uuu-uuuu! – rozlegało się coraz głośniejsze pohukiwanie sowy.
– Uuu-uuuu, uuu-uuuu, uuu-uuuu!!
Aż bracia … w milczeniu … rozeszli się … każdy w swoją stronę.
Puchacz wrócił do swojej czatowni.
Wiele wody przepłynęło Bugiem zanim Iwan wyremontował swoją starą pychówkę. Wstawił nowe dwa siedziska pod którymi zamontował schowki na sprzęt wędkarski. Wyposażył ją także w schowki na różne sieci. Wymienił też stare sosnowe drzewce na nowe ze świerkowego drewna. Kupił im także nowe okucia stalowe. A kiedy jego pychówka była już gotowa, wypłynął nią na środek Bugu, rozejrzał się dokoła i westchnął.
I wtedy przypomniała mu się piosenka, którą często śpiewał jego ojciec. Nie wszystkie słowa zachowały się w zakamarkach jego pamięci, ale melodii nie zapomniał:
marynarz stary łódkę miał
Flotyllą ją nazywał
do łódki swojej sieci brał
po wodach Bugu pływał
a rzeka niosła jego pieśń
od Kodnia aż do Gdańska …
Próbując przypomnieć dalszy ciąg piosenki, rozstawiał zaplanowane niewody i włóki. Nie było łatwo samemu je rozstawiać.
– Gdybym miał żonę … – cicho wyszeptał.
Z dnia na dzień Iwan z flisaka zamieniał się w rybaka. I choć w Bugu ryb nie brakowało i nie brakowało też kupców, on marzył o dalekich podróżach i o nowej szkucie, której obraz rysował w pamięci i na bieżąco go zapisywał. Żył bardzo skromnie i zbierał oszczędności.
– Będzie taka, jakiej flisacy kodeńscy nigdy dotąd na oczy nie widzieli… Żeby Anton nie musiał ciężko pracować u bogatych flisaków – mamrotał cicho pod nosem, nie zwracając uwagi na puchacza, który też pod swoim nosem mamrotał po cichu swoje „Uuu-uuuu, uuu-uuuu”.
Antoni był najemnym flisakiem. Pływał na wielkich szkutach. Poznał świat, jakiego nie widział za kodeńskich czasów. Ale ciągle marzył o swojej szkucie, której obraz rysował w pamięci i na bieżąco zapisywał. Żył bardzo skromnie i zbierał oszczędności.
– Wybuduję piękną nową szkutę, jakiej flisacy kodeńscy nigdy dotąd na oczy nie widzieli… Żeby Wania nie męczył się ze swoją starą pychówką – marzył w czasie dalekich rejsów.
Minęło kilka długich lat…
Środkiem Bugu z nurtem rzeki płynęła stara szkuta. Na chwilę zatrzymała się i podpłynęła do brzegu, gdzie Iwan akurat cumował swoją pychówkę. Ze szkuty wyszedł Antoni. I nagle oczy braci skierowały się ku sobie. Wszystko wokół zamilkło w okamgnieniu. Nawet plusk wody. Wiatr ustał, szelest liści i śpiew ptaków też ucichły. Nikt obok nie pojawił się. Nic nie przeleciało, a raki, małże i ryby schowały się pod wodę. Zamknął się nawet żółw w swojej pancernej skorupie. Cisza była tak wielka, że zaniepokojony stary puchacz drzemiący w swojej czatowni, otworzył prawe oko i leniwie spojrzał w dół niewyraźnie pohukując „uuu-uuuu”. A kiedy jego zaspane „uuu-uuuu” echem odbiło się o lustro wody i wróciło do jego czatowni, otworzył drugie oko. Znów spojrzał w dół i zobaczywszy pod drzewem ściskających się braci zamilkł. Nie widział ich łez, ale słyszał bicia ich serc. Słyszał także ich rozmowę:
– Ciężko pracujesz u obcych flisaków – podjął rozmowę starszy brat. – A mnie brakuje wspólnika. Mam odłożone pieniądze na nową szkutę … Ale sam jej nie zbuduję. Co ty na to Anton?
– Tak. Ciężko pracowałem. Skromnie żyłem. Ale zarobiłam tyle, że mnie też stać na nową szkutę, jakiej nigdy nie widziałeś. Mam gotowy projekt, opracowany przez najlepszych szkutników. Może ty zechcesz być moim wspólnikiem, Wania?
– I znów mamy problem – stwierdził Iwan.
Stanęli bracia przed sobą na baczność i patrzyli na siebie w milczeniu.
– Uuu-uuuu, uuu-uuuu – znienacka zahuczał puchacz. Poderwał się z gniazda i majestatycznie przeleciał ponad ich głowami głośno pohukując:
– Uuu-uuuu, uuu-uuuu, uuu-uuuu … Uuu-uuuu, uuu-uuuu, uuu-uuuu.
– Posłuchaj, Wania – odezwał się Antoni, gdy puchacz wrócił do gniazda. – Przepłynąłem wiele setek kilometrów, zatrzymywaliśmy się naszą szkutą w różnych miejscach. Wiele rzeczy słyszałem od różnych ludzi. Wiele widziałem na własne oczy. Nic mnie jednak tak nie zachwycało, jak młyny na Bugu. Może byśmy zamiast naszych szkut zbudowali jeden wspólny młyn? Co ty na to ? – nieśmiało zakończył Antoni.
Iwanowi aż dech zaparło na taką propozycję. Myśli po głowie wirowały, a serce biło jeszcze głośniej, co bardzo zaniepokoiło puchacza. Cichutko, bez pohukiwania, poderwał się z gniazda i usiadł na ramieniu Iwana. Antoni uśmiechając się do puchacza i do Iwana uzupełnił swoją propozycję:
– Mam nawet upatrzone miejsce, niedaleko stąd. Niecałe trzy mile, tyle że pod prąd.
Jeszcze nie skończył mówić ostatniego zdania, gdy nagle puchacz rozłożył skrzydła i odleciał do swojego gniazda.
– Damy radę – odezwał się Iwan odcumowując pychówkę. – Wiatr od północy, będzie łatwiej.
– Ładna pychówka. Jak nowa – pochwalił Antoni.
Popłynęli. Ale zanim zniknęli z horyzontu, doleciał do nich puchacz. Usiadł na dziobie pychówki, jak najważniejszy pasażer i rozglądając się po okolicy pohukiwał sobie pod nosem swoje „Uuu-uuuu”.
Płynęli bez pośpiechu. Od czasu do czasu przelatywały nad nimi kaczki, gęsi i kruki. Nawet pokazał się orzeł bielik i bocian. Na brzegu rzeki polowały wydry i pracowały bobry. Całą drogę towarzyszyły im mewy, nury, gągoły i krzykliwe rybitwy. Przyglądały się im żurawie i czaple brodzące w mokradłach i trzcinach.
Zatrzymali się na odnodze Bugu.
– Piękna młynówka na budowę młyna – oznajmił Iwan. – To kiedy zaczynamy?
– Możemy od zaraz. Mamy pychówkę, będzie czym towar dowozić – uśmiechając się do Iwana zadeklarował swoją gotowość Antoni.
Iwan zamyślił sił i po dłuższej chwili odezwał się do brata:
– Będzie o czym opowiadać wnukom.
– Oj, będzie. „Jak flisak stał się młynarzem” – zażartował Antoni.
– Uuu-uuuu, uuu-uuuu – znienacka zahuczał puchacz. Poderwał się majestatycznie ze swojej miejscówki na pychówce, przeleciał ponad ich głowami głośno puhukując i odleciał w siną dal…
A Bug, jakby nigdy nic się nie wydarzyło, dostojnie popłynął za nim.
