header image
Start arrow Dlaczego ja arrow grudzień 1998

4 grudnia 1998 r. – piątek

Było już dobrze po południu, gdy zadzwoniła do mnie Irka.
- Jestem już w domu. Wypisałam się na własną prośbę – oznajmiła bohatersko.
- Dlaczego? – zaniepokoiłam się. - Rozumiem, że dobrze się czujesz.
- Nie bardzo, ale tam się nie da wytrzymać.
- Dasz sobie sama radę w domu?
- Dam, ale przyjedź do mnie.
Aż mi serce zakołatało. Poprosiła, żebym do niej przyjechała. Ona nigdy o nic nie prosiła. Pewnie jest niedobrze i chce mi coś powiedzieć. I to jak najszybciej. Myślałam, że mi serce pęknie.
- Irka, przyjadę. Ale nie mogę teraz, natychmiast. Przyjadę w następną niedzielę, dobrze?
Chyba nie było dobrze, bo długo nie odpowiadała.
- Dobrze. Może już będą wyniki, czy mam raka, czy nie.
A więc wiedziała już o wstępnym rozpoznaniu.




13 grudnia 1998 r. – niedziela

Byłam u Irki. Wyglądała źle, ale nie miała ochoty rozmawiać o chorobie.
- Dostałam 30 dni zwolnienia lekarskiego. Koleżanki z uczelni będą mi przynosiły notatki z wykładów. Już to z nimi omówiłam. Do egzaminów będę się przygotowywała w domu sama – niemal zameldowała mi pewna siebie.
- O jakich wykładach i o jakich egzaminach mi tu meldujesz? – zażartowałam całkowicie zaskoczona jej „nowym zajęciem”.
- Nie mówiłam ci wcześniej. Zaczęłam zaocznie studiować finanse i bankowość. Jestem na I semestrze. Mam indeks. Zaraz ci go pokażę. Nawet radzę sobie nie najgorzej – dalej meldowała zadowolona, chwaląc się indeksem.
- No to gratuluję pomysłu – szczerze jej odpowiedziałam.
Ja też byłam zadowolona, że się odważyła po tylu latach podjąć studia. Nie udało jej się skończyć studiów rolniczych, nawet zaocznie, bo przyszły na świat dzieci. Tymczasem najbliższa rodzina – wszyscy po studiach. Może teraz się jej poszczęści. Będzie studiować razem ze swoimi dziećmi. Michał jest właśnie na I roku informatyki, Małgosia robi maturę. Fajnie. Bardzo fajnie. W końcu kto powiedział, że studiować mogą tylko ludzie młodzi.
Czas mijał, a Irka nie podnosiła tematu choroby. Rozmawiałyśmy o jej studiach i o naszych dzieciach. O wszystkim, tylko nie o chorobie. Spróbowałam więc zacząć sama .
- Wiesz, że studia to nie żarty. To ciężka praca. Będziesz miała dość sił na naukę? – zaczęłam nieśmiało.
- Muszę mieć. Muszę zaliczyć ten semestr. Choćby nawet dlatego, że za niego już zapłaciłam.
- A potem?
- Potem może nie będzie się już o co martwić, bo wszystko samo się ułoży.
- A jak się czujesz?
- Źle. Bardzo źle. Boję się wyników badań..
I rozpłakała się. Ja też.
- Opowiem ci o szpitalu. Żebyś wiedziała, jak było.
Zaczęła po chwili.
„ Zabrało mnie pogotowie ...”
Wysłuchałam. Koszmar. A ona tak spokojnie o nim opowiedziała, jakby to nie było o niej. Zabrakło mi słów, by odnieść się do jej opowiadania. Stać mnie było tylko na milczenie.
- Może kiedyś o tym napiszę – zakończyła.
- Zapomniałam z tego wszystkiego, że jesteś poetką.
- I pisarką – uśmiechnęła się.
- I pisarką? – zapytałam znowu zaskoczona. – To co masz teraz na warsztacie?
- Teraz piszę „Kuchnię polską”. Będzie kolorowa. Z moimi własnymi przepisami i moimi zdjęciami. A wiesz? Jedną z moich sałatek kupił pewien warszawski hotel – zaraz podjęła nowy temat.
- Jak to kupił? – zaciekawiłam się.
- Hotel ogłosił przez radio konkurs na sałatkę. Mój przepis spodobał się im, więc go po prostu kupili. Teraz szykuję przepis na naleśniki.
- Lepiej porozmawiajmy o pisaniu, bo na gotowaniu aż tak się nie znam jak ty – przerwałam jej.
I zaczęłyśmy gadać o pisaniu. Aż zrobiło się późno. Musiałam wracać do domu. Byłam już w drzwiach.
- Walka! – zawołała. - Wyniki badań będą w środę. Na pewno Danka przyjedzie do was na święta. Poproś ją , żeby im się przyjrzała. Może tobie, szwagierce, powie prawdę... Chcę znać prawdę – dokończyła.
- Idźmy już – dopiero teraz wtrącił się Leszek. Cały dzień siedział w kuchni. Nie chciał nam przeszkadzać.
- Będę w niedzielę zaraz po świętach. Czyli za dwa tygodnie.


16 grudnia 1998r. - środa

Irka dziś koło południa miała odebrać wynik badania histopatologicznego. Czekałam, że zaraz zadzwoni.
Tymczasem zadzwonił Leszek, i to dopiero wieczorem. Dzwonił z domu.
- Irka prosi, żebyś sprawdziła w swojej medycznej książce co oznacza taki termin – zapisz dokładnie –Ca ovari sin cum meta. Ascites. Poczekam przy telefonie – mówił jakby nie swoim głosem.
- Skrót Ca oznacza rak. Tylko tyle wiem... Myślisz, że Irka też się domyśla?
- Tak – odpowiedział krótko.
- Co mówiła? – usłyszałam Irki głos z głębi pokoju.
- Nic nie mówiła. Tylko powtarzała nazwę, czy dobrze zapisała – usłyszałam w słuchawce jego odpowiedź skierowaną do Irki.
Poszłam poszukać znaczenia terminu. Nagle tysiące myśli naszło mi do głowy. Złych myśli. Nie mogłam szukać. Wróciłam do telefonu.
- Muszę się zastanowić jak i gdzie szukać. Zadzwoń do mnie jutro. Może nie z domu. Porozmawiamy – powiedziałam do Leszka, a Irce powiedz, że nie znalazłam takich terminów w swojej książce. Pewnie są bardzo specjalistyczne.
- Mówi, że nie ma takich terminów w jej książce, pewnie są specjalistyczne. Trzeba poczekać na Danę, jak przyjedzie do rodziców do Radomia – na gorąco powtarzał Leszek Irce.
- Powiedz jej, że przez Monisię podam wynik. I jak Danka już coś będzie wiedziała, niech od razu do mnie zadzwoni – słyszałam, jak mówi do Leszka.
- Irenka powiedziała, że poda wynik przez Monisię. Jak będziesz coś wiedziała, to zadzwoń.
- Monika wspominała, że przyjedzie za tydzień w środę. Powiem jej żeby odwiedziła ciotkę Irkę. Może w niedzielę?- zapytałam.
- Może Monisia przyjechać do nas w niedzielę? – pytał Leszek Irkę.
- W sobotę, czy w niedzielę. Kiedy będzie jej pasowało – powtarzał Leszek słowa Irki.

Długo wieczorem szukałam w książkach. Z pośpiechu aż ręce drżały. Ze zlepku łacińskich nazw wywnioskowałam, że jest to rak jajników. Łzy same się lały. I tak na prawdę to nie wiem, nad czyim losem płakałam: czy nad jej, czy nad swoim. Nie mogłam sobie wyobrazić siebie bez siostry bliźniaczki. Zawsze mi się zdawało, że jak mówiłam o niej, to jakbym była silniejsza, mocniejsza, większa, jakbym była podwójna. I nagle miałoby być inaczej?
Zmęczyłam się jak nigdy. Zmęczyłam się tak, że nawet nie mogłam usnąć.


17 grudnia 1998r. – czwartek

Nie mogłam doczekać się telefonu od Leszka i sama do niego zadzwoniłam do pracy.
- Nie mam teraz wyjścia na miasto, a nie chciałem rozmawiać z innego pokoju. Miałem zadzwonić po pracy – tłumaczył się.
- Wyczuwałam wczoraj, że Irka nie miała nastroju ze mną rozmawiać i posłużyła się tobą. Pewnie domyśla się, że nie jest dobrze.
- Irenka ma raka jajników. Lekarz sam to jej powiedział. Kiedyś powiadamiali rodzinę. Teraz mówią choremu od razu. Irenka jest załamana. Nie chce z nikim rozmawiać. Jest bardzo źle. Sam nie wiem co mam robić?
- A co lekarz zalecił dalej? – nie bardzo wiedziałam co mu powiedzieć.
- Trzeba, żeby jak najszybciej wzięła chemię. Tylko ona nie chce o tym słyszeć. W poniedziałek myślę pojechać z nią do centrum onkologii. Już rozmawiałem z recepcją. Żeby tylko Irenka się zgodziła.
- Gdybyś potrzebował pomocy, pamiętaj o mnie – nie bardzo wiedziałam sama w czym, oprócz pieniędzy, mogłabym mu pomóc, ale może ... tak na wszelki wypadek.
- Wiem, że mogę na ciebie liczyć. Dzięki. Pomóż mi ją przekonać, że musi iść na chemię.
- Zadzwonię do niej w niedzielę – obiecałam.


19 grudnia 1998 r. – sobota

Było już po 22, gdy zadzwoniła Monika
- Dopiero teraz wróciłam od cioci Irki. – wyjaśniła swój późny telefon.- Wujek przywiózł mnie samochodem pod sam akademik.
- Masz Irki badania?
- Tak. Ciocia prosiła, żebyś jak najwięcej dowiedziała się o jej chorobie.
- Jak ją widziałaś? Jak wygląda? Co robi? – wypytywałam.
- Sprząta mieszkanie. Piecze. Gotuje. I uczy się do egzaminów – opowiadała. – Chyba czuje się dobrze. Chce uszyć dla mnie i dla Anki płaszcze na watolinie. Małgosi już uszyła.
- Kiedy przyjedziesz?
- W środę. Pewnie późno wieczorem.
Telefon Moniki nieco mnie uspokoił. Może rzeczywiście nie jest tak źle, jak ja to sobie wyobraziłam. A może to tylko jej gra przed Moniką.


20 grudnia 1998r. – niedziela

Zadzwoniłam do Irki już po obiedzie. Sama odebrała telefon.
- Cześć – zawsze zaczynała rozmowę od krótkiego „cześć”. – Rozmawiałaś już z Monisią? – zapytała, jakby wiedziała, że już rozmawiałam. – Trochę ją przytrzymaliśmy. Mówiła?
Pomyślałam, że nie powiem jej o telefonie Moniki.
- Jeszcze nie . A co ciekawego ma mi powiedzieć? – zapytałam, myśląc, że może powie też i o badaniach. Tymczasem rozmawiałyśmy o „pierdółkach”: o płaszczach dla Moniki i Ani, o dresie dla Dorotki, o jej studiach, o moim sklepie, o przygotowaniach do świąt...
- Jeszcze nic nie zrobiłam na święta – stwierdziłam zgodnie z prawdą.
- A ja już popiekłam na święta babki drożdżowe. Pięknie wyrosły. Wyglądają smakowicie - pochwaliła się. - Jedna jest dla was – dodała zadowolona. - Podałam przez Monisię.
- No to chyba jej nie dowiezie – zażartowałam.
- Dla niej spakowałam makowca.
- No to już jest większa szansa, że dowiezie... Irka? A czy aby nie zapomniałaś podać przez Monikę badań – zapytałam ją w końcu bardzo delikatnie.
- Dałam jej kserówki. Muszę mieć oryginały, bo wybieram się jutro do Centrum . Na jedenastą jestem umówiona.
Odetchnęłam. To znaczy, że zdecydowała się na dalsze leczenie.
- Leszek już rozmawiał z recepcją. Ale ja mam niedługo egzaminy i chcę tę wizytę przełożyć na „po egzaminach”.
Tym razem to mnie zatkało. Długo nie odpowiadałam.
- Nie ma pośpiechu. Czuję się dobrze – spokojnie uzasadniała swoją decyzję. – Zobaczymy...


21 grudnia 1998r. – poniedziałek

- Proszę – odebrałam telefon.
- Cześć. Długo nie podnosisz słuchawki, chyba masz dużo klientów? Co?
Dzwoniła Irka. Rzeczywiście klientów przed świętami przybyło. Ale to normalne.
- Trochę. Ale jest Andrzej. Skąd dzwonisz?
- Z domu. Możemy chwilę pogadać?
- Oczywiście. Co załatwiłaś?
- No więc tak... Mam pit... – i zamilkła.
A mnie zrobiło się zimno. Ze strachu. Nie wiedziałam co powiedzieć. PIT? Przecież nie taki od podatku. To jaki?
- Pit? – chyba głupio zapytałam.
- Nie pit podatkowy tylko PID. Każdy pacjent zarejestrowany w Centrum otrzymuje numer PID i potem nim się posługuje.
Odetchnęłam. A już myślałam, że to jakaś inna choroba. Tymczasem Irka wyjaśniała dalej swój PID.
- Ma też swój kod kreskowy, jak towar w sklepie. Jestem umówiona na 15 stycznia. Zaczynam od ósmej rano od Pracowni Analitycznej – zakończyła swoje wyjaśnienie.
- A kiedy do lekarza? – zapytałam.
- Po pobraniu krwi . Pracownia sama komputerami przesyła wyniki do gabinetu lekarskiego. Potem daje skierowanie na chemię itd...
Tyle dowiedziałam się od niej na początek.
- Czyli w święta jesteś w domu – stwierdziłam.
- W domu. Będę się uczyć do egzaminów. Ale możesz przyjechać. Zapraszam. Jedzenia wystarczy.
- Przyjadę do ciebie w niedzielę zaraz po świętach. Pogadamy.


23 grudnia 1998r. – środa

Monika przywiozła wynik badania histopatologicznego.
CA. Próbowałam rozszyfrować go sama , ale było trudno. Moje stare książki: „Mała encyklopedia medycyny”, „Domowy poradnik medyczny” i nawet „Położnictwo i ginekologia” niewiele mi wyjaśniły. Pozwoliły jedynie na przypuszczenia. Wynikało z nich, że ma guzy na obydwu przydatkach i na otrzewnej.
Może Dana powie coś więcej.


24 grudnia 1998r. – czwartek (wigilia)

Na wigilię jak zawsze zjechali wszyscy. Teściowa, główna organizatorka wszelkich domowych imprez, wszystko dopięła na ostatni guzik. Nie zabrakło niczego. Prezenty mikołajowe też tradycyjnie rozdali wszyscy wszystkim. Teść z uśmiechem zasilił kasę wnucząt. Święta. Boże Narodzenie.
A ja nie mogłam skupić myśli. Z trudem powstrzymywałam łzy i czekałam na zakończenie uroczystej kolacji. Myślałam zapytać Danę, co sądzi na temat Irki badań. Jednak nie odważyłam się. Jutro.
- Jutro obiad na pierwszą! – wychodziliśmy już, gdy teściowa jeszcze raz przypominała, że zaprosiła nas na świąteczny obiad.


25 grudnia 1998r. – piątek

Na obiad do teściów przyjechaliśmy po dwunastej. Teściowa jeszcze krzątała się w kuchni. Dana kończyła porządki. Mężczyźni odpoczywali oglądając telewizję.
Zakręciły mi się łzy. Ale wzięłam Irki badania i poszłam z nimi do naszej „domowej lekarki”.
- Wiesz, Walu, ja jestem pediatrą. Od razu ci nie odpowiem. Muszę się zastanowić. Może nawet skonsultować się z ginekologiem. Ale wydaje mi się, że to są bardzo złe wyniki. A jak się czuje siostra?
- Ona chyba nie zdaje sobie sprawy, że jest ciężko chora. Skierowana jest na chemioterapię, ale ją sobie lekceważy. Właśnie przełożyła wizytę na 15 stycznia.
- Musi poddać się leczeniu. I to jak najszybciej. Trzeba jej powiedzieć prawdę. Kiedy będziesz z nią się widziała?
- Umówiłam się na niedzielę.
Umówiłyśmy się, że jutro po obiedzie wrócimy do choroby Irki


26 grudnia 1998r. – sobota

Wyglądało na to, że Dana nie opublikowała na forum rodzinnym Irki choroby. Albo forum rodzinne tak się zachowywało, jakby nic nie wiedziało. Może i dobrze. Łatwiej trzymać łzy.
Po obiedzie jeszcze raz przyjrzałyśmy się badaniom.
- Według tego, co udało mi się ustalić – informującym głosem mówiła Dana - stan siostry jest beznadziejny. Płyn w brzuchu świadczy o tym, że rak zaatakował macicę. Na obydwu jajnikach zmiany rakowe wyglądają jak kalafiory, a guzy lite na otrzewnej oznaczają, że to są już przerzuty. Jest nikła szansa, że przeżyje. Ale musi poddać się leczeniu w Instytucie Onkologicznym. To najlepszy dla niej szpital. I tylko tamci lekarze mogą jej pomóc. Ale i tak wszystko zależy od Boga. Jeśli ma przeżyć – to przeżyje. Będzie to jednak bardzo ciężkie życie - westchnęła. - To życie z wyrokiem -zakończyła.
Długo zastanawiałam się nad tym co powiedziała Dana i dlaczego właśnie tak powiedziała: „I tak wszystko zależy od Boga”. To znaczy, że pomoc lekarzy nie ma sensu?
Mam powiedzieć Irce: „...słuchaj, Irka, módl się, bo twoje życie zależy tylko od Boga?...”
Jak rozmawiać z nią o Bogu, jak on dla niej obcy?
Przegadałam z sobą pół nocy połykając łzy. Nad ranem przypomniałam sobie o książce „Potęga podświadomości”. Spakowałam ją do torebki. Spakowałam też zdjęcia mojej aury, które zrobił mi kiedyś bioenergoterapeuta z Krakowa. Może się przydadzą.


27 grudnia 1998r. – niedziela

Jechałam do Irki pociągiem osobowym. Dość długo. Nikt mi nie przeszkadzał. Różne myśli plątały mi się po głowie. Wśród nich wczoraj zaczęty wiersz. Sięgnęłam po kartkę i długopis. Nim dojechałam do Warszawy prawie miałam na czysto wiersz pt. „Biała róża”. Trochę się obawiałam, czy jak go pokażę Irce, to go nie skrytykuje. Ale Irka tylko szybko po nim przeleciała wzrokiem.
- Ja nie rymuję – powiedziała stanowczo wstając powoli z łóżka.
- A ja nie umiem nie rymować – też powiedziałam stanowczo.
- Spróbuj. Białe wiersze też są piękne. Nie ma w nich śmieci, jak mówią moi przyjaciele z klubu – też poeci. Oho, nawet mi się rymnęło – uśmiechnęła się. – Idę zarządzić obiad.
I wyszła do kuchni, a ja, przyjmując jej uwagi, zajęłam się szukaniem w moim wierszu śmieci.
- Obiad!!!! – przerwała Małgosia moje myślenie, wychodząc z kuchni. – Ciociu, mama pyta, co ci podać po obiedzie: kawę, czy herbatę?
- Kawę, Małgosiu. Po turecku. Dwie łyżeczki cukru. Najlepiej w kubku – wyrecytowałam zamówienie.
Po obiedzie Małgosia poszła niby do koleżanki, Michał ( jak zwykle) zaszył się w swoim pokoju, a Leszek zajął się zmywaniem talerzy. Zostałam sama z Irką. Myślałam, że może zapyta o wiersz, ale nie zapytała.
- Muszę się położyć... Męczy mnie stanie... Nie bardzo też mogę siedzieć ...– oznajmiając smutnym głosem położyła się do łóżka. - Co mówiła Dana? – zapytała po chwili.
Całą noc przygotowywałam się do tego pytania, lecz okazało się, że nie potrafiłam na nie płynnie odpowiedzieć.
- Nic konkretnego. Jest pediatrą. Dopiero po świętach może uda się jej dowiedzieć czegoś więcej od lekarzy specjalistów – skłamałam. – Ma zadzwonić, jak będzie wiedziała więcej.
- A co wie teraz? - koniecznie chciała coś konkretnego usłyszeć.
- Powiedziała mi tylko tyle, że rak to bardzo ciężka choroba. Bez chemioterapii nie do wyleczenia. Dobrze, że masz skierowanie do Instytutu na Ursynowie. Tamci lekarze mogą ci pomóc. Mówiła, że trzeba im zaufać – wyjaśniałam „trzęsąc się z zimna”. – Mówiła też, że leczenie jest długie i bardzo trudne. Trzeba do niego dobrze się przygotować. Także od strony psychicznej. Może dobrze by było gdybyś poszła do psychologa – dodałam od siebie.

Irka była wyraźnie z tego psychologa niezadowolona.
- A może tobie, ty lubisz czytać książki, wystarczy odpowiednia literatura ?
- Jedną już mam. Małgosia mi kupiła – włączyła się do dyskusji, czym bardzo mi ulżyła.
- Pokaż – zaciekawiło mnie, że coś takiego w jej domu mogło się znaleźć.
Irka zawsze sceptycznie podchodziła do medycyny niekonwencjonalnej. Żartowała z matki „zsiadłego mleka z sodą”. Nigdy nie wierzyła w bioenergoterapeutów, których nazywała „szarlatanami”, ani w żadną „czarną magię”. W żadne cuda. U niej wszystko musiało być naukowo uzasadnione i potwierdzone praktyką.
Tymczasem ledwo wstając z łóżka przyniosła mi z pokoju Michała „ Kurs uzdrawiania Silvy”. Wprost - nie do wiary.
- Słyszałam o tej książce, jak w swoim czasie chodziłam na warsztaty widzenia aury – odpowiedziałam jej radośnie zgodnie z prawdą. – Opowiedzieć ci o tym?
- Ja w to nie wierzę, ale mów – zezwoliła.
- Przez dłuższy czas miałam podwyższoną temperaturę ciała. Na dodatek to pobolewanie w piersiach, pod pachami, od wielu lat. Zrobiłam mammografię, ale oprócz drobnych zmian mastopatycznych, niczego nie stwierdzono. Co prawda nasza lekarka radomska chciała mi wycinać co większe guziki, ale nie była przekonywująca w swojej propozycji, więc odwlekałam.
- Chyba żartujesz? I do tej pory nie wzięłaś się za to? Przecież to może zezłośliwieć – przerwała mi.
- Jestem pod kontrolą. Robię sobie od czasu do czasu USG. Na razie nie ma pośpiechu – uspokoiłam ją. – Posłuchaj dalej. Przyjechał do Radomia bioenergoterapeuta z Krakowa. Było to niedługo po śmierci naszego ojca, w wakacje, czyli już w 96 roku. Reklamował się, że wykrywa choroby. Nawet chyba za darmo miał swój wykład. Wykonywał też zdjęcia aury. Za zdjęcia to już trzeba było zapłacić i to nie źle.
- W tej książce też piszą o aurze – dodała od siebie.
- A więc wiesz co to jest aura. Pokażę ci zdjęcie mojej aury – sięgnęłam do torebki, wyjmując przy okazji książkę „Potęga podświadomości”. – Wzięłam ze sobą na drogę do czytania. – wyjaśniłam. - Należę do „Świata Książki”. Czasem coś sobie zamówię u nich. Czasem oni wysyłają, jak się samemu nie zamówi. Tę akurat zamówiłam sama.
Irka popatrzyła na książkę z zainteresowaniem
- Zamienimy się? – zaproponowałam.
Wymiana była bardzo szybka. Schowałam „Kurs uzdrawiania Silvy” do torebki, a „Potęgę podświadomości” położyłam obok na pianinie.
- No dobrze, ale wracając do tematu aury – ponowiłam wątek. – Oto moja aura. Zobacz jaka czerwono- niebiesko- fioletowa – i zaczęłam jej czytać co oznaczają poszczególne kolory, a potem komputerową interpretację mojej aury.
„Prawa strona – fiolet.
Kolor po prawej stronie (lewa strona zdjęcia) oznacza wrażenie jakie robisz na otoczenie. Jest to energia jaką promieniujesz w danym momencie.
Robisz wrażenie osoby tajemniczej, głęboko myślącej. Szukasz różnych rozważań dotyczących rzeczy nadprzyrodzonych. Wiele rzeczy przychodzi ci bardzo łatwo. Jesteś osobą wrażliwą, czasem marzącą i będącą w chmurach.
Część środkowa – czerwień.
Kolor, który znajduje się powyżej głowy odzwierciedla obecne doświadczenia. Jest to kolor, który charakteryzuje ciebie w tym momencie.
Jesteś osobą o mocnym charakterze, posiadasz silną wolę, pasję i żywotność. Potrafisz żyć pełnią życia, przechodząc różne doświadczenia. Dążenie do celu, planowanie, zapał oraz dominowanie jest charakterystyczne dla ciebie,. Posiadasz temperament choleryka. Jeżeli posiadasz za dużo energii (koloru czerwonego) której nie zużyjesz to możesz być podatny na wzrost temperatury, zapaleń i podniecenia nerwowego. Może osłabić pracę nerek, organów płciowych i kręgosłupa.
Lewa strona – niebieski.
Kolor po lewej stronie (prawa strona zdjęcia), przedstawia energię, która jest obecnie koło ciebie i którą możesz wykorzystać.
Obecnie jest dobry okres czasu, aby użyć swoje zdolności komunikacyjne, przekazywać swoją wiedzę innym, jak również nauczyć się nowych rzeczy, które są ważne dla ciebie. Energia, która jest koło ciebie daje możliwości zrelaksowania i obniżenia pulsu serca. Jest to odpowiedni okres na wyleczenie się z leków i wszelkiej negatywności” – skończyłam.
Irka ciągle przyglądała się mojemu zdjęciu.
- I co ty na to? Powinnam zacząć studiować Silvę, co nie? – nie czekając potwierdzenia dodałam. - Ale jeszcze coś ci pokażę.
I wyjęłam z torebki inny rysunek mojej aury.
- Byłam na specjalnych warsztatach, na których uczono nas widzieć aurę. Ten rysunek wykonała radiestetka z Zielonej Góry, która swoim trzecim okiem widzi aurę człowieka, jak komputer. Mówiła, że widzi ją w postaci kolorowych błyszcząco-świecących punkcików. Nie mam opisu do tego rysunku, ale z tego co pamiętam, to najważniejszy jest ten biały komin nad moją głową (podobno mogę łączyć się z kosmosem) i to niebieskie zawirowanie w prawym uchu i w głowie. I w ogóle ten fiolet na głowie. Powiedziała, że powinnam kształcić się w przekazywaniu energii - opowiadałam, a Irka słuchała z zaciekawieniem. - Jak już podpisywała rysunek i okazało się, że mam na imię Walentyna, to dodała, że nie bez powodu mam tak na imię, bo według numerologii imię też świadczy o człowieku, tak samo jak data urodzenia. Także nazwisko rodowe.– powoli kończyłam. – Pomyśleć, że właśnie przez to moje imię, miałam w życiu tyle niemiłych sytuacji – dodałam. - Wam, tobie i Halinie, rodzice dali ładne imiona, bo polskie, a mnie brzydkie, bo ruskie. Noszę je jak piętno.
- Przynajmniej jesteś rozpoznawalna – pocieszyła mnie.
- Rozpoznawalna? Kilka lat temu teść mój poszedł coś załatwiać w urzędzie i trzeba było podać moje imię. Ty wiesz ile on się najadł wstydu? Przez pięć minut nie mógł sobie przypomnieć, jak mi na imię. A ty mówisz, że rozpoznawalna. Najlepiej to mnie rozpoznawali koledzy szkolni śpiewając, „Pan Twardowski w niebie, Walentynę ....”. Ale co ci się będę żalić.
Wróciłyśmy do tematu aury. Słuchała o moich różnych zainteresowaniach i doświadczeniach w zakresie „szarlatanerii” jakby obojętnie, ale też ich nie komentowała. Nie protestowała też, gdy przykładałam jej rękę do brzucha, czy masowałam nogi i ręce. Czy udało mi się przekazać jej choć odrobinę wiary w moc nadprzyrodzoną? Wątpię.












20 Kwietnia 2018
Piątek
Imieniny obchodzą:
Agnieszka, Amalia,
Czesław, Czech,
Czechasz, Czechoń,
Florencjusz,
Florenty, Nawoj,
Sulpicjusz, Szymon,
Teodor
Do końca roku zostało 256 dni.
Najnowsze
kamienie
pamiętają
nieustannie
przemawiają


.....WWW.....
Stronę założono 31.01.2006r.
Ostatnio opublikowane
DRODZY CZYTELNICY
Z wielką radością
przyjmę każdą informację
o wykorzystaniu moich tekstów.

Zainteresowanych
nowościami na stronie
chętnie powiadomię.