header image
Start arrow Irena arrow Wiersze Ireny Szypulskiej
zapamiętanie
 
złote słońca
w kałużach podwórka
mech
na skrawku
pastwiska
karłowata kalina
stara jabłonka
ścięty dąb
jarzębina
przy płocie
orzech
sobieska
kosztela
niebieski bez
.................
tego już
nie ma
...............
ale to jest
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
przedwstęp
 
towarzystwo
brzydkiej trawy
wichliny łąkowej
ostróżki
powalonych drzew
i wiatr
nieczysty od dymu
 
każą mi pisać
wiersz
 
wierzba
pod poetami
paplin
czuwa
nade mną
 
drżę ze strachu
 
rozgrzane kiełbaski
nie w słońcu
wakacji
a poeci połykają
liście i kwiaty
 
przyniosę ci
dziś wieczorem
kawałek
tej dobroci
i wtedy
napiszę wiersz
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
 
 
za zasłoniętą
firanką
wakacje
zielony orzech
smak wiśni
w kratkę
zbutwiały słonecznik
kartoflanka
na stole
gorzka
herbata
pomidor ....
...................
a miłość
..................
..................
za zasłoniętą
firanką
czekam lata
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
POZDROWIENIA
 
przesyłam Ci
wiatr w butelce
i trochę
nieprzespanych nocy
i niedokończony
list
bo o czym
kiedy ciągle
pada
na dworze
mokry
mój plecak
kurtka
i trochę
myśli
może
o tym
że lato
powinno być
ciepłe
i dobre
a nie takie
ponure
jesienne
i czasami złote
 
                      przesyłam Ci
                      wiatr  w butelce
                      i do domu
                     wracam
                     z powrotem
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
moje lato
 
a moje lato
jest
w słonecznej
skarpetce
i w błękitnym
kapciuszku
co ma dwa
ciepłe
księżyce
i w podomce
jak lilia
i na balkonie
kiedy
na bzyczące
osy
w mokrych gruszkach
krzyczę
i czasami
jest na szybie
kiedy kropelkami
deszczu
mówi
poczekaj jeszcze
na mnie
ciepłe i słoneczne
poczekaj jeszcze
 
 
 
 
 
 
 
 
 
jesień w Grodzisku
 
chorągiewki jedwabiu
uszyte
w babie lato
 
witki gałęzi
jak anielskie
choinki
 
żurawie kluczą
za wysoko
i nikogo nie pytają
odchodząc
 
jeszcze trochę
ciepłego powietrza
 
ale sens wydarzeń
i tak
układa się
w odpowiedź
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
przepraszam
 
kilkadziesiąt lat
musiałam dojrzewać
by zauważyć
życiorys dżdżownicy
 
żaby osiadłej
na mojej działce
od wieków
 
pszczół które
od dawna
mnie poznają
 
psa sąsiada
który nagradza
mnie ogonem
stojąc
na dwóch łapach
za nic
 
oraz wron
które uciekają
na mój widok
z pryzmy
bo wiedzą
że tylko ja
ich nie lubię
 
teraz na nikogo
nie rzucam
patyków w górę
 
mam sporo lat
i podobnie
jak oni
szukam
pożywienia życia
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
22 IX 1980r. (córce)
 
wrześniowy zimny poranek
chłodził moje ręce
 
pod lufą armatniej ciszy
szłam po coś
 
na nie białych łóżkach
zabrakło stylizowanych
podpasek kobiecych
 
ściany nie wolne
od napisów
krzyczały ze złości
 
udało się
 
wróciłam pewniejsza
w białych skarpetkach
na piersi
i z nowym życiem
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Moje dzieci
 
Namalowały
motylek
na małej
kartce
papieru
skrawku
drugiego śniadania
kawałek nieba
i ciepła,
a kroplą wosku
liczbę 45
i tak
po prostu
przyszły
do mnie
by przypomnieć
że pamiętały
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
poker wiosny
 
w kubeczku
zachodzącego słońca
truskawkowy mus
z pianką obłoku
i purpurą na policzkach
 
pączkujące
koszyki krzewów
upodobniają się
do przeszłorocznej
ikebany
 
prześwietlone drzewa
etykietują graffiti
 
kobierce krokusów
i przebiśniegów
wyznaczają STRITY i FULE
 
w kolorze
czerwcowa pora roku
układa poker w przebudzenie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
małosłodkie przestrzenie
 
na przystankach
małosłodkich
przestrzeni
istnieją jeszcze
wyobraźnie
 
posiwiałe brzozy
jak włosy
od chłodu
i bez liści
płaczą ozięble
 
pięć minut czekania
smakuje pamięcią
każde wspomnienie
przerwać je może
tylko bezdomny pies
gołąb błagający
o garść wsparcia
i nadjeżdżający autobus
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
złote
ołtarze seksu
a niebo
ma
kolor fioletu
 
Rio
na skrawku
świata
uczłowiecza
piękno
z przymrużonym
okiem
 
za głośnym
szeptem
tupią bolera
rumbę
sambę
 
szklane łzy
spadają mi
z powiek
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
****
 
przewleczone
pajęczynki życia
przez nasze twarze
 
nie jesteśmy już
do siebie podobni
 
dzisiaj spakowałam
swoje życie
by przedłużyć ten czas
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Imię losu


 

Nawet imię
mego losu
ofiarował
brzydki czas
w najboleśniejszy sposób.
 
Przyszłe nadzieje
wyrzucił z pamięci
boleścią po kościach,
po dotyku,
co za mocno
w uścisku boli,
 
i w oczach
co patrząc
już nie do woli
i tak męczą się,
 
i w sercu,
gdzie jeszcze
nie pustka.
 
A imię mego losu
wypisał czas
na najsmutniejszych
ustach.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Jak masz na imię?
 
Jak masz
na imię,
kiedy
gniewasz się
na mnie,
kiedy
wielką ciszą
smutek rozsiewasz,
kiedy
puste dłonie
chowasz
w kieszeni,
kiedy
ramię skulasz,
kiedy
głowę odwracasz?
         Jak
         masz na imię,
         kiedy na mnie
         się gniewasz?
         Jak
         masz na imię
         kiedy
        mi przebaczasz?
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
     Na imię mi księżyc
 
    I       Na imię
mi księżyc
co nocy
nie przesypia
tylko wczesnym rankiem
czasami spać
się nie kładzie
by w słodkie
godziny i ciche
wierszyki
gładzić
 
   II       A może
w moim wierszu
siebie odnajdziesz
   
i moje słowa
będą ci darowane
 
to tak wiele
wdzięczności
 
za moje
godziny nie przespane
 
  III       Na imię ...
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
 
zdążyłam
złapać lato
 
kluczy żurawi
nie było
 
pajęczyn też
 
kot wygrzewał
podbrzusze
 
woda .....
...
od zakochanych
i całowała
może ostatnie ciepło
jesiennego słońca
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Burza
 
Gołębie
pobożnie
uginają się
przed burzą
 
Wróble chowają
dzioby w skrzydła
 
.....
i źdźbła
wysuszonej trawy
przeganiają nas
pod dach
 
błyskawice
z ulewą
kaleczą
ciszę
ale nie są
w stanie ochłodzić
naszych ciepłych
rąk splecionych
deszczową tęczą
i naparem ozonu
 
 
 
jak ciepły
oddech
mruczącego kota
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
spacer w liściach
 
gałązki antocjanowe
i z apetytem
karotenu
 
a my spacerujemy
po liściach
 
podajesz mi synku
małą garścią
za dużo dobroci
 
bucikami
z uśmiechem
układasz dla mnie
jesienne
pawie pióra
 
twoje
zmęczone kolanka
uginają się pod drzewo
 
i razem
usypiamy
pod ciepłym
obłokiem
października
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
 
szpalery śmierci
każdą noc
układają się
w wyobrażenie
 
podobne
do tych
na placu Thien an Men
 
do tych przypadków
na skrzyżowaniu
7-kątnych ulic
 
a te w środku
Hiroshimy i Nagasaki
 
i w drżących
rękach
ostrego skalpela
na środku brzucha
 
też są takie same
ja o tym wiem
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
mojemu Karczewowi
 
czasami miasto
jest moje
kiedy w półmroku
oglądam przebudzenie
 
z okien samochodu
jakby trochę
podobniało
 
trzymany za rączki
uśpiony pamiętnik
wyznaczył ten sam
spacer słońca
przed nocą
 
ulice rozpasione
rzeczywistością
z nadwagi kruszćca
i mercedesa
jakby trochę
obojętniały
 
ale dzisiaj
najważniejszy
jest ten sam smak
naleśnikowego
rosołu
na Armii Krajowej
który odbiega
od doznań
współczesności
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Moje miasto
 
Niebieska firanka
w maleńkim
pokoiku,
szyba –
malowana fotografia:
parę doniczek
z kwiatami,
na sznurze
pranie,
a w górze
moje miasto –
słoneczny ranek,
kiedy wychodzę
z domu
i granatowe niebo
kiedy idę spać
na pożegnanie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
kołysanka dziecka
 
uplotłam
ci koszyk
z pajęczyn księżyca
co nocą
przez dziurki żaluzji
zawiesza się
na ścianie
i bujam
pocałunkiem słodkim
pod sufitem
twoje uśmiechnięte
maleńkie sny
i nasze
zasypianie
              i tylko czasem
              zła chmurka
              nam przeszkodzi
              miłować
              wieczór
              i noc
              na którą
             czekamy
                                  ale
                                  to nic
                                  dziecino
                                  ja jestem
                                  zawsze
                                  przy tobie
                                  twoja mama
                                  i twoje
                                  tysiąckroć
                                  nocne mamy
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
 
Święty Mikołaju
piszę do ciebie
tęsknoty,
a każdą
układam w szereg
      a ty mi myśli
      podaruj złote
      i złoty sweterek
 
                Święty Mikołaju
                w pokorze kłaniam
                się białym śniegom
                pamięcią pamiętam
                o świętowaniu  
                zawieszam firanki
                w moim oknie
                kocham mamę
                a ty mi spokój
                podaruj
 
Święty Mikołaju
zaśpiewam wszystkim
kolędę
swoje sny
przyślę ci na trochę
i jeszcze myśli
co proszę
przyjdź do mnie
bo tęsknię
i bardzo cię kocham
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
kolęda o mrozie
 
zwariowany mróz
namalowuje
na szybach
kolędy
 
 
 
 
 
 
 
 
 
być         
 
jestem
i deszcz
i susza
i las
i pole
i miedza
i rzeka
 
jestem
i księżyc
i lekcja
i długopis
 
jestem
i ogień
i woda
 
jestem
i życie
 
jestem
i śmierć
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
turkusowy król                 (lekarzom)
 
 
strumienie kropli
wciskają
we mnie
białe damy
 
odrzucam je
bezmyślnie
z pogardą torsji
 
zgodnie
z planem doktora
one i tak
przepłyną
działkę
mojego ciała
 
turkusowy król
przeważnie
proponuje
sześć
takich cierpień
dwudniowych
 
bym mogła
 
jeszcze parę
miesięcy
mówić mu
dzień dobry
i bardzo dziękuję
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
 
 
takie
najprostsze
wakacje
co wiatrem
rumienią wiersze
i deszczem
moczą
natchnienie
 
niezapominajka
z żółtym środkiem
grzybienie
na wodzie
kołyszą
moje myśli
 
przytulam
liście wierzby
 
i ku mojej
uciesze
zrozumiałam
gdzie jestem
 
 
 
 
 
 
 
 
 
moja wieczność
 
A kiedy
noc nadejdzie za cicha
taka co nie zna
szeptów i płaczu
i kęskiem tęsknoty
dłoni naszych
nie dotknie
ani nawet
na tatuażach
wyobraźni
nie pozwoli
nas zobaczyć
 
i nie zakrzyczy
za głośno
ani za szeptem
 
przyjdą
do mnie tam
gdzie jestem
i gdzie byłam
przedtem
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
 
 
na pustym ramieniu
dźwignęłam przebaczenie
podobne do winy
 
los skrzywdził
czworonoga
 
łzy spływające
po sierści pyska
wyglądały
jak cierpienie
ułożone w bukiecik 
wdzięczności
 
pomogłam mu
podnieść torbę
wydartą z ręki
z zawartością śmietnika
 
szczeknął i odszedł
po ludzku
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
 
Nawet 100 orchidei
w garści
nie zmierzy się
z moim przebaczeniem
w bezmiarze twoich
darowizn
mogę co najwyżej
podziękować za rzecz
 
 
 
 
 
 
 
 
 
hymn Odrany
 
 
a mi zabrakło
płatków śniegu
by móc okrywać
twoje ramię
i stąpać mocno
po chodniku
i budzić noc
rankami
 
a mi zabrakło
lata w garści
i paru pysznych
gruszek
by na talerzu
w tle budyniu
powiedzieć
to co muszę
 
a mi zabrakło
każdej wiosny
co pcha mnie
do Odrany
i kęskiem świtu
daje siłę
na inny dzień
nastany
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
cywilizacja śmierci
 
czasami sny
umierają
przedwcześnie
 
talenty Edisona
Kocha Religi
zapominają
na pamięć
wierszy
 
wdzięczność
ma tu smak
wymierny
 
tylko głupcy
kochają Judyma
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Czas
 
Trzeba było
½ wieku historii,
gumowy kombinezon,
łopatę,
by wykopać dół,
pociągnąć
za fraki umarłych
i zapytać ich
o prawdę czasów
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
 
a
daleko
przy lipach
chodził
starszy pan
 
posadził
nawet sporo
drzew
 
pojął
każdą gazetę
 
nie czekał
na mnie
za darmo
 
nigdy
nie wiedział
ile mam lat
 
zapomniał
do mnie
uśmiechnąć się
 
ostatni raz
go widziałam
 
bo przykryłam
bandażem
powieki
 
nie zrozumiał
 
nawet
i wtedy
moje serce
się zlękło
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
 
na skrawku
tamtego podwórka
zostawiłam
nie oddane
kolorowe szkiełka
poszukane w przyjaźni
 
czasami
tam wracam
by wspomnieć
nasze
małe dłonie
i spłacić dług
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
portret
 
staruszek
ma oko
na zwisający
żyrandol na suficie
na plamki kurzu
poprzylepiane
na wysokości
meblościanki
 
na przechodnia
oglądanego
ażurem
firanki
i wie
że zaraz skręci
do pubu na piwo
a potem
szparką balkonu
drugiego pokoju
chyba powróci
do domu
 
ta kobieta
idzie jak zwykle
z tym samym
dzieckiem
z przedszkola
ale wczoraj
była nieobecna
w jego oknie
 
być może
zachorowała
albo staruszek
źle się poczuł
 
 
 
 
 
 
 
 
 
jesień życia
 
 
dotknięta tęsknotą
nasza obecność
jest tu
 
siwe liście
spadają z grusz
 
sad w pijanych
kałużach
przekrzywia się
od półpaśćca
 
za zimne słońce
mruży nam oczy
 
nadgarstki dłoni
z naroślą czasu
trzymają się
nienajgorzej
 
a deszcz siąpi
i siąpi
 
zrozumieliśmy
nasz czas
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
 
Uśmiecone ręce płaczem i bólem
podają ci jeszcze mój dotyk
 
Nawet nie wiesz Synku
jak trudno odchodzić
zostawiając na Twoim biurku
odłamki gasnącej tęsknoty
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
 
oczy otynkowane
lękiem
 
to nic
dobrze, że żyjesz
 
dziurawe dłonie
podają
jeszcze sznurek
 
zaliczył
mnie stwórca
do wybrańców
skazanych
na umęczenie
 
przypuszczam
że może
już jutro
odejdę
 
 
 
 
 
 
 
 
 
agonia                   
 
Koniczyna siedmiolistna
rozerwana
przez księżyc
 
Liczę
na ślady pocałunku
nastawione
na mocny policzek
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Moja wieczność   (Mężowi i Dzieciom)
 
A ja Ci sen
przyrzekam nocą
nanosić
na skłony powiek,
na każdy lęk,
na każdy płacz,
na niezdrowie.
 
W za cichy szept,
w za cichy śpiew,
wypowiem Twoje Imię,
w moim śnie,
co nie będzie snem,
a wiecznym stróżem
przy mnie.
 
A ja Ci sen
przyrzekam nocą
układać na pościeli
i przyjść z uśmiechem
po coś
z czym chciałabym się podzielić.
 
 
 
 
13 Listopada 2018
Wtorek
Imieniny obchodzą:
Arkadiusz, Arkady,
Brykcjusz,
Eugeniusz, Jan,
Mikołaj, Stanisław,
Walentyn
Do końca roku zostało 49 dni.
KAMIENIE
kamienie
pamiętają
nieustannie
przemawiają


.....WWW.....
Stronę założono 31.01.2006r.
Licznik odwiedzin
1934257
Ostatnio opublikowane
DRODZY CZYTELNICY
Z wielką radością
przyjmę każdą informację
o wykorzystaniu moich tekstów.

Zainteresowanych
nowościami na stronie
chętnie powiadomię.