header image
Start arrow Dlaczego ja arrow luty 1999
1 lutego 1999r. – poniedziałek

Irka zadzwoniła do mnie rano do pracy. Ale już ze szpitala. Było gdzieś około 9-tej.
- Cześć... Zaraz idę na chemię...Chyba zostawią mnie tutaj na noc... – mówiła cicho, ze strachem i z przerwami.
Słuchałam i czekałam na jej głos.
- Walka? – zapytała tak, jakby chciała mieć do mnie jakąś prośbę. Ostatnią prośbę. Jeszcze nigdy tak nie rozmawiałyśmy. Prawie bez słów.
- Co? – zapytałam też cicho i krótko, żeby nie stracić tej ciszy.
Długo nie odpowiadała. Obydwie milczałyśmy przez słuchawki.
- Bardzo się boję.
I znów milczałyśmy.
- Zadzwonię do ciebie wieczorem – odpowiedziałam jej, prosząc o numer telefonu.

Wieczorem zadzwoniłam, ale spała. Późnym wieczorem dzwonił do niej Leszek. Rozmawiał z nią. Czuła się bardzo źle, ale już jutro o 9-tej rano mają ją wypisać do domu.
- Już jutro? I to z samego rana? – byłam bardzo zdziwiona informacją Leszka.
- Ty nie masz pojęcia, ile tam czeka ludzi. I jaki tam jest „przerób”. Łóżek by nie starczyło, gdyby tak każdego chcieli przetrzymać dłużej. Już od rana na jej miejsce czeka następny pacjent.

Rzeczywiście nie miałam pojęcia. Każdemu się wydaje, że jego nieszczęście jest największe. Chciałoby się postawić wszystkich na równe nogi, być przed wszystkimi, otrzymać możliwie najlepszą pomoc. A tymczasem ...i tam kolejka. Jak rano za chlebem. Nie ma uprzywilejowanych. Wszyscy sobie równi. Może to i dobrze. Bo może przez to osobiste nieszczęścia, jakby się umniejszały.
Ja też dzisiaj czuję się lepiej. Rwanie pod pachami jakby przestało całkowicie. Ale guzik nadal jest spory. Jest podłużny, jak jajko i twardy. Nie boli. Może musiał się trochę porozpychać i dlatego tak bolało. Teraz będzie siedział spokojnie. Jak już Irka poczuje się lepiej, to i ja wezmę się za siebie. Kto wie, czy nie jestem obciążona genetycznie. Strach pomyśleć.


2 lutego 1999r. - wtorek

Irkę Leszek przywiózł do domu dopiero około 15-tej. Jednak musiała zostać dłużej, bo trzeba było zrobić jakieś płukanie.
Czuje się bardzo źle. Jest przygnębiona.
- Opieka w centrum jest bardzo dobra, ale prawda o ludziach jest okrutna. Każdy z wyrokiem. Nie wiem jak ja to wszystko przetrwam. Opowiem ci, jak przyjedziesz w niedzielę. Teraz muszę odpoczywać. Chcesz porozmawiać z Leszkiem?
Bardzo się ucieszyłam, że chce się ze mną widzieć.
Z Leszkiem nie rozmawiałam długo. Nie chciałam nadużywać jego cierpliwości. Dzwonię niemal codziennie. Może za często. Na pewno jest zmęczony zaistniałą sytuacją. Leszek podyktował mi tylko jej „kartę informacyjną” z Kliniki. Umówiliśmy się, że dłużej porozmawiamy jutro. Mam do niego zadzwonić do pracy.
Próbowałam z moich mądrych książek coś wyczytać, ale niewiele znalazłam i niewiele zrozumiałam.
Rozpoznanie kliniczne – ca ovariorum gradus tertius.St.post adnexectomiam bil.et omentectomiam.
Hist-pat. – Adenoca mucinosum male partim non differentiatum
Zastosowano – I kurs cht 3, Cis-platyna 120, CTX 1200, Morfologia ht -36, HB-12 kr.czer. – 3,8 kr.białe – 6,0 PLT-264
Kolejny kurs chth w dniu 1.03.99 gab.315 godz. 8.00


3 lutego 1999r. – środa

Jednak nie udało mi się skontaktować z Leszkiem w godzinach pracy. Więc postanowiłam zadzwonić wieczorem do Irki. Okazało się, że niepotrzebnie obawiałam się, czy będzie chciała ze mną rozmawiać.
- Zaziębiłam się. Nie wiem kiedy, ale zaziębiłam się. Dobrze, że jest bezpłatna Infolinia do Instytutu , bo mogłam porozmawiać bezpośrednio z lekarzem dyżurnym.
- I co ci doradził?
- Powinnam pójść do swojej przychodni lekarskiej. Na razie jednak nie mam siły nigdzie chodzić. Niestety, bezpłatne lekarstwa są tylko rakowe. Za wszystkie pozostałe muszę płacić normalnie, a więc 100% lub na receptę.
- A co z naszą terapią? Może zapytasz przez Infolinię, jak lekarze odnoszą się do tej metody w przypadku chorych na raka? Są lekarze, którzy kategorycznie przeciwstawiają się wszelkim niekonwencjonalnym praktykom medycznym. Ale są i tacy, którzy uważają, że powinno się szukać różnych dróg, aby choremu pomóc.
Irka, po namyśle, powtórzyła mi swoją rozmowę z lekarzami z Instytutu.
- Próbowałam się dowiedzieć, zanim podano mi chemię. Jeden z lekarzy to nawet oburzył się na mnie, że zapytałam o bioenergoterapię. „Jak wierzy pani w cuda, to po co pani tu przyszła? Ja w cuda nie wierzę” . Ale inny lekarz, jak zapytałam, czy mam szansę na powrót do zdrowia, to powiedział mi: „Jak wierzy pani w cuda, to niech pani wierzy. Zdarzają się”. Cóż mi mogą jeszcze innego powiedzieć przez Infolinię.

No tak. Każdy ma swoje 100-procentowe racje. Gdy jednak na niego przychodzi czas do podjęcia decyzji, to te procenty zaczynają wyraźnie spadać – pomyślałam sobie.
- Wiesz, Irka. Ale ja myślę sobie, że nasza terapia nie zaszkodzi. Powinnyśmy do niej powrócić – zaproponowałam pewna swojej propozycji.
- Może później – odpowiedziała bez przekonania.
Rozumiałam ją. Irka stała się ateistką. Specjalnie z tym się nie obnosiła, ale przestała mówić o Bogu. Owszem, dla świętego spokoju, wzięła ślub kościelny, ochrzciła dzieci, posłała także je na lekcje religii. Ale sama nie chodziła do kościoła. Miała też krytyczny stosunek do niektórych księży, także do zakonnic. Szczególne jej oburzenie wzrosło, gdy dowiedziała się, że zakonnica - katechetka złorzeczyła jej Małgosi. Podobno Małgosia odmówiła wykonania jakiegoś zadania tłumacząc się, że boi się o swoje ręce, a gra na fortepianie. Wtedy ta zakonnica podobno miała jej powiedzieć, że niechby jej te ręce uschły. Tak to Irkę zdenerwowało, że zakazała dzieciom kontaktu z tą zakonnicą. Niebawem przyszło to zło. Małgosia miała problem z palcem. Była obawa, że nie będzie w 100% sprawny. Długo nie mogła grać. Irka skojarzyła sobie te dwa zdarzenia. Od tamtej pory wszystkie sprawy związane z kościołem były na głowie Leszka.
A dziś ja namawiam ją, żeby zaczęła wierzyć w cuda. Ja mam być jej pośrednikiem.

Jeszcze wieczorem zadzwoniła do mnie Małgosia. W pierwszej chwili myślałam, że coś się stało z Irką.
- Nie, ciociu. Mama czuje się lepiej. Tylko potrzebujemy daty ślubu dziadków. Mogłabyś zadzwonić do babci?
- Dobrze, Małgosiu. Rozumiem, że mamusia nie ma ochoty na rozmowę z babcią?
- Można to tak ująć.

Mamusia była bardzo ciekawa, jak Irka się czuje. Cóż jej mogłam powiedzieć.
- Mamo. Wszystko zależy od lekarzy. Zaproponowali jej specjalny program „chemii”. Wyraziła na niego zgodę. Jest on jakby na niej testowany . Może zdarzyć się, że ten program nie będzie dla niej odpowiedni, ale podobno nie było dla niej innej drogi. To jest, na dzień dzisiejszy, jej jedyna szansa. A nam zostało tylko modlić się, żeby jej się powiodło.
- To oni będą na niej robić doświadczenia? – niedowierzająco zapytała.
- Tak, mamo. Tak to będzie mniej więcej wyglądało. Ale nie ona pierwsza ten program próbuje. Niektórym chorym pomógł. Może i jej pomoże. Módlmy się.
- Walu, ja się codziennie za nią modlę jak idę spać. Będę się jeszcze modlić rano. Tylko nie wiem, czy z tą chemią to dobrze. Może już niech jej więcej nie bierze. Jedna wystarczy.

Słuchałam mamusi, a łzy mi same kapały.

Zaraz oddzwoniłam do Małgosi. Irka odebrała telefon. Powiedziałam jej o rozmowie z mamusią, także o mamusi modlitwach. Nie komentowała. Podałam jej także datę ślubu rodziców. Bardzo miło nam się rozmawiało. Widocznie lepiej się czuła i także miała ochotę na rozmowę. Zaproponowałam jej, by pisała swój dziennik teraz, gdy choruje.
- Może niektóre szczegóły z leczenia będą ważne. A jak się je zapisze, to nie uciekną z pamięci.
- Mam pisać dziennik z umierania? – zażartowała.
- Nie z umierania, tylko z leczenia.
- Może i niezły pomysł, ale na razie nie mam ochoty.
Ty piszesz swój dziennik, to wspomnij w nim od czasu do czasu o mnie.
- Oczywiście, że wspominam o tobie, ale to tylko mój punkt widzenia. Twój może być całkiem inny.
- Jak będziesz miała wątpliwości, albo pytania to zadzwoń.


4 lutego 1999r. – czwartek

Tym razem Leszek zadzwonił sam do mnie do sklepu. Odetchnęłam, bo ciągle miałam obawy, czy nie jestem zbyt nadopiekuńcza w dopytywaniu się o Irki zdrowie.
- Dziś mam dla ciebie lepszą wiadomość. Irka powoli nabiera sił. Prosiła, żebym ci to przekazał – nareszcie usłyszałam spokojniejszy głos Leszka.
- Dziękuję, Lechu, ale czy nie mogła sama zadzwonić?
- Mówiła, że czasem długo nie podnosisz słuchawki.
- Jak obsługuję akurat klienta, to rzeczywiście czasem nie
podnoszę słuchawki. Wiesz, głupio jest zostawić klienta przy kasie i lecieć do telefonu. Jak nie odpowiadam po pięciu dzwonkach, to znaczy że mam klienta i nie mogę podejść. Zwykle po kilku minutach już jestem wolna. To tak na przyszłość. A co z jej uderzeniami gorąca?
- Obserwujemy.

To był bardzo miły telefon. Po ponad dwóch miesiącach iskierka nadziei. Nareszcie odżyłam.
Wieczorem poszłam do Igi (sąsiadki), żeby podzielić się z nią swoją radością i porozmawiać na temat tych uderzeń gorąca.. Wiedziała ona o Irce od początku choroby. Jest pielęgniarką.
Akurat u niej był pan Paweł, który amatorsko zajmuje się radiestezją. Obydwie interesujemy się zjawiskami nadprzyrodzonymi, więc jego pogadanka była dla nas szczególnie ciekawa. Rozmawialiśmy z nim na temat, jak ja mogę pomóc Irce. Powinnam ją sobie wizualizować. Wizualizacja powinna polegać na tym, że powinnam ją sobie wyobrażać zawsze w jednym miejscu, tak samo ubraną i przy tej samej czynności, o tej samej godzinie. Przy tym muszę ją sobie wyobrażać zdrową. Może to być scenka na przykład z mycia talerzy. Najlepiej, aby to była scenka z jej dotychczasowych zajęć. Żeby była realna.
- Być może kiedyś przyjdzie taki dzień, że właśnie taką siostrę pani zobaczy, Tak ubraną, przy myciu talerzy i zdrową – uśmiechnął się do mnie serdecznie. – Warto spróbować, a to nic nie kosztuje, tylko wymaga sumienności.
Postanowiłam, że zamiast codziennej transmisji energii wg Silvy, rozpocznę wizualizację. „Posadziłam” więc ją na fotelu w moim pokoju i razem oglądamy telewizję. Ubrałam ją w luźną czerwoną sukienkę bez rękawów i w rudych włosach. Irka nigdy nie chodziła w czerwonych sukienkach, ani nie nosiła rudych włosów, ale taką ją sobie właśnie wymyśliłam. Jeśli się wizualizacja sprawdzi to zacznę studiować tę dziedzinę wiedzy tajemnej.


5 lutego 1999r. – piątek

Telefon od Irki. Tym razem inne problemy. Michał nie jest zadowolony ze studiów na politechnice. Chce zrezygnować.
- Podjęliśmy decyzję, że będzie studiować tam gdzie ja, czyli wieczorowo finanse i bankowość – zdecydowanie zakomunikowała.
Byłam całkowicie zaskoczona taką informacją. Wiedziałam jednak, że jakakolwiek inna propozycja z mojej strony, szczególnie w jej sytuacji, była bez sensu.
Michał był bardzo dobrym i zdolnym uczniem.
Z wyróżnieniem ukończył i liceum i szkolę muzyczną. Bardzo dobrze zdał egzaminy maturalne. Pięknie zagrał koncert fortepianowy na dyplomie. Kiedyś, kiedy był jeszcze młody, Irka mówiła o nim, że będzie artystą. Tak samo mówiła o Małgosi. Obydwoje mieli być pianistami. I powinni nimi być. Takiego samego zdania byli ich nauczyciele. Nawet Leszek nabrał przekonania, że 12 lat nauki gry na fortepianie, to wielka inwestycja i nie powinno się jej zmarnować. Tym bardziej, że ich dzieciom szło wyjątkowo dobrze. Jednak Irka powoli zaczęła zmieniać swoje poglądy. Dlaczego? Nie wiem. Michał zdolny, wrażliwy i mądry chłopak miał zostać informatykiem. Został przyjęty i na uniwersytet, i na politechnikę. Wybrano politechnikę. Studia rozpoczął jako nabór lutowy ( a więc przesunięciu semestralnym) . W tym momencie ma jakby trzy semestry stracone. Ale z Irką nie można było nigdy dyskutować. Zawsze wiedziała najlepiej.
- Możesz mi pożyczyć 650 złotych na kilka tygodni, bo muszę wpłacić wpisowe na jego studia. Powinnam to załatwić jak najszybciej, żeby zaczął studia jeszcze w tym semestrze.
- Oczywiście. Przyjadę w niedzielę i przywiozę ci „pożyczkę”.
Jakżeż jej odmówić, nawet gdyby nie miała racji?
Nie mogłam. Nawet nie dyskutowałam. A może to jej ostatnia prośba? Nawet nie myślałam o jej zwrocie.
Ja też wzięłam się za siebie. Zrobiłam sobie USG. Powinnam zgłosić się do onkologa. Zasugerowano mi nakłucie na tę największą torbiel na lewej piersi. Może uda się cały płyn wyciągnąć, a przy okazji zrobi się badanie histopatologiczne. Trochę się boję. Najpierw poradzę się Dany, czy nakłucie czasem nie spowoduje uaktywnienie się komórek rakowych. Może lepiej nie ruszać, skoro pierś przestała boleć. W razie co, może jednak pojechać z tym do Warszawy?


7 lutego 1999r. – niedziela

Pojechałam pociągiem do Irki. Byłam przed południem.
Irka spała. Rozmawialiśmy z Leszkiem szeptem. Było bardzo smutno. Jak w szpitalu. Gdy się obudziła i mnie zobaczyła zaraz się rozpłakała. Ja też się rozpłakałam.
Zawsze tak było. Nawet jeśli któraś z nas była wobec drugiej winna i musiała oberwać od rodzica, to druga płakała razem z nią. Albo jak któraś musiała dostać jakieś niedobre lekarstwo lub zastrzyk i płakała, zaraz druga jej pomagała płakać.
Tak samo i teraz. Przytuliłam ją do siebie, pogłaskałam po głowie. A ona rozpłakała się jeszcze bardziej, jak dziecko, któremu zrobiono krzywdę i schowała się pod kołdrę. Siedziałam przy niej na brzegu łóżka i czekałam, aż rozpocznie rozmowę.
- Wiesz, Walka, ja chyba nie wyjdę z tego raka – wyszeptała, jakby czekając zaprzeczenia swojej wypowiedzi... - Dlaczego ja? Dlaczego ja? Dlaczego ja? - coraz ciszej szeptała... - Dlaczego nie jakiś tam pijak, który nikomu nie jest potrzebny. Żebym piła, żebym paliła. Wiesz? - nagle się jakby uśmiechnęła. - Nawet nigdy nie zdradzałam swego męża. - I nagle znów posmutniała. - Za jakie grzechy? Dlaczego właśnie ja? Dlaczego? Jednakowo matka nas karmiła. Jestesmy bliźniaczkami. Dlaczego ja? - płakała i patrząc na mnie zadawała pytania. Komu? Może mnie? Może, dlaczego nie ja, tylko ona. Jak jej odpowiedzieć dlaczego ona, a nie ja? Czy w ogóle się odzywać? Przecież po to przyjechałam, żeby z nią porozmawiać. Ale jak?
- Nie mów tak. Jeśli dobrze wszystko się ułoży, masz wielką szansę. Ale wiele zależy od ciebie. Od tego jak się będziesz odżywiać w trakcie leczenia, czy będziesz wierzyć, że masz szansę wyzdrowieć – powoli tłumaczyłam jak dziecku - no i nie możesz się przepracowywać. Do tej pory dom był na twojej głowie, teraz musisz go odstąpić rodzinie – dodałam z uśmiechem na zakończenie.
- Nie wiem, jak sobie poradzą. To ja zawsze im przygotowywałam śniadania, obiady i kolacje. Ja pakowałam każdemu kanapki to teczek. Ja robiłam zakupy, gotowałam i piekłam chleb – łykając łzy martwiła się co będzie dalej. - Kto będzie sprzątał, kto będzie prał . Do tej pory mogli spokojnie wyjść z domu i spokojnie do niego wrócić. A teraz? Wszystko nagle się zawaliło. I do tego jeszcze kłopoty Michałka.
Irka rzeczywiście była bardzo obowiązkowa. Do prowadzenia domu miała jakby zawodowe przygotowanie, bowiem ukończyła Technikum Gospodarcze i studiowała na Akademii Rolniczej. Była więc zawodową kucharką, krawcową, gospodynią domową, rolniczką i kto wie jeszcze kim.
- Nauczą się. Ty ich nauczysz – pocieszałam ją. – Michał rozpocznie nowe studia. Wszystko się ułoży. Tylko trzeba dobrze się przygotować do nowej sytuacji.
- Pożyczysz Michałkowi na wpisowe na studia? – zapytała.
- Oczywiście. Przywiozłam, jak prosiłaś. Ale nie musisz
oddawać. Niech to będzie mój udział w jego edukację. W końcu to mój chrześniak .
- Oddam ci jak tylko będę mogła. Leszek ma wziąć pożyczkę.

I tak rozmawiałyśmy kilka godzin. Nawet chwilami zapominałyśmy o chorobie, jakby inne sprawy były ważniejsze. Pochwaliła się swoim indeksem. Rozmawiałyśmy o jej studiach, o moim sklepie. Na koniec namówiłam ją na „mój seans”. Nie protestowała. Pomasowałam jej także stopy, ale bardzo lekko, bo mówiła, że boli ją skóra, gdy dotykam. Może to reakcja po chemii – pomyślałam.
- Mam taką książeczkę, jak masować w przypadku różnych
chorób. Przed przyjazdem do ciebie właśnie uczyłam się masażu. Jak chcesz, to ci ją wyślę – powiedziałam jej.
Powiedziałam jej także o mojej wizualizacji. Oczywiście nie w szczegółach – tylko ogólnie. Była bardzo zadowolona, że przyjechałam do niej, że byłam przy niej i że pożyczyłam jej pieniądze. Jakby była zdrowsza, gdy odjeżdżałam. Obiecałam, że zadzwonię jutro wieczorem. Przy okazji dowiem się, czy uda się jej załatwić sprawy Michała.
Dzień spędzony u Irki był bardzo sympatyczny. Za to podróż fatalna. Zepsuł się pociąg i stał w polu 3 i pół godziny. Wróciłam po północy.


8 lutego 1999r. – poniedziałek

I rzeczywiście Irka jakby ozdrowiała. Z radością opowiadała, jak to zapisywała Michała na „swoją” uczelnię.
- Wiesz, Walka. Te studia też nie są łatwe. Dużo jest ekonomii, ubezpieczeń. Ale za to po nich łatwiej dostać pracę. I dobrze płacą. Coraz więcej powstaje zagranicznych firm i potrzebni są ekonomiści i księgowi. Dobrze, że ja mam już prawie cały semestr zaliczony, to w tym semestrze będę mogła mu pomóc, a w następnym będziemy się uczyli razem. Fajne, co? Matka i syn na jednych studiach i na dodatek w jednej grupie. Tylko ten niemiecki muszę zaliczyć. Ale na razie nie mam głowy do nauki.
- Świetnie. Widzę, że złapałaś energię. Człowiek, jak jest komuś potrzebny, to od razy zdrowszy. Tylko uważaj, żebyś się nie przeziębiła. No i nie przemęczaj się.

I ja jakbym dostała energii. I sen inny. I myśli już się nie plączą. Nareszcie można spokojnie pracować.


11 lutego 1999r. – czwartek

Wysłałam Irce książeczkę odbitą na ksero, jak masować nogi. Dostałam ją od mojej przyjaciółki – też Ireny.

Dopiero dzisiaj dodzwoniłam się do mamusi. Przez kilka dni miała nieczynny telefon. Nie wiedziała dlaczego.
- Wczoraj wysłałam jej 400 złotych. Halinka pojechała do
Kodnia i wpłaciła na poczcie – poinformowała mnie mamusia. – Teraz Irenka nie może oszczędzać na jedzeniu dla siebie. Musi dobrze jeść, żeby zwalczyć tę truciznę, co w nią wlali. Będę jej co miesiąc wysyłać po 400 złotych, żeby się dobrze odżywiała – martwiła się mamusia. - Podobno, Walu, tę chemię wlali jej kroplówką prosto w krew. - Żeby oni jej nie struli na śmierć. Jak mojej krowie dał weterynarz zastrzyk, bo nie mogła wstać na nogi, to zaraz padła. Nie trzeba tak mocno wierzyć lekarzom. Może niech Irenka już więcej tej chemii nie bierze.

Bardzo ucieszyła mnie informacja mamusi i jej troska.
- Mamo. Irka dopiero wzięła pierwszą chemię. Ma ją brać
raz na miesiąc przez 6 miesięcy. Wypada do wakacji. Najtrudniejsza jest pierwsza. Następne mają być znośniejsze, bo i organizm już się trochę przyzwyczai – próbowałam ją uspokoić, żeby nie myślała o najgorszym. – Dobrze, że chcesz jej pomóc finansowo. Co prawda samo leczenie raka jest w całości finansowane przez Centrum Onkologii, ale wszelkie witaminy, czy inne lekarstwa nie związane z rakiem są 100% płatne. A nie jest wykluczone, że mogą wystąpić powikłania. Irka musi mieć na wszelki wypadek przygotowaną gotówkę.
- Jakby trzeba by było jej pilnie pożyczyć pieniędzy to jej , Walu, pożycz. Ja jak dostanę emeryturę to ci oddam.
- Na razie radzimy sobie, ale dobrze że także jesteś gotowa jej pomóc – odpowiedziałam mamusi .


12 lutego 1999r. – piątek

Dzwoniłam do Irki, czy nie dostała już książeczki do masażu – ale jeszcze nie dostała.
- Walka, jak przyjedzie Danka, może na tę niedzielę, zapytaj ją co mogą oznaczać czarne stolce. Od kilku dni mam czarne stolce. Tymczasem uczę się do zaliczenia niemieckiego w niedzielę.
- No to trzymam kciuki za niemiecki, a jak Dana przyjedzie, to ją zapytam o te stolce. Myślę, że to przejściowa reakcja wątroby. Nie martw się na zapas.


14 lutego 1999r. – niedziela



Tym razem Irka z Leszkiem zadzwonili - z życzeniami, bo dziś „walentynki”, także moje imieniny. Przy okazji powiedziałam Irce, żeby nie martwiła się tymi stolcami, bo według informacji Dany po około 3 miesiącach wątroba się zregeneruje i wszystko będzie w porządku.


16 lutego 1999r. – wtorek

Irka już otrzymała książeczkę z masażem stóp i zamierza się za niego zabrać.
- Przy okazji pochwalę ci się, że zaliczyłam niemiecki i zakończyłam I semestr studiów – cieszyła się przez telefon.
- A jak stolce? – zapytałam.
- A wiesz, że lepiej. Mam też lepszy apetyt. W ogóle czuję
się lepiej.

Takie informacje stawiają człowieka na nogi.


20 lutego 1999r. – sobota

Zbliża się termin następnej chemii. Irka jest w zupełnie innym nastroju, niż przed pierwszą. Już się tak nie boi. Może dlatego, że czuje się całkiem dobrze. Normalnie funkcjonuje. W domu pracuje jak pracowała.
- Mam jeszcze 3 guzy na otrzewnej i nadal tworzy mi się woda w brzuchu, choć już nie w takim tempie, jak przed operacją, że spuchłam w ciągu trzech dni. Ale chemia ma to wszystko wysuszyć – pewnie i z nadzieją na wyzdrowienie informowała mnie przez telefon, gdy zadzwoniłam wieczorem.
- Skąd te informacje? – zapytałam.
- Właśnie byłam na badaniach kontrolnych i mi powiedzieli. Jeszcze przed samą chemią muszę zrobić morfologię, markery i takie tam inne różne badania. Mam tydzień na super odżywienie się, żeby były dobre wyniki. Inaczej nie będą mogli mi podać tej trucizny.
- Po prostu musisz mieć zdrowie i siłę na takie doświadczenie.
- Żebyś wiedziała, że jestem królikiem doświadczalnym.

Irka jakby wzięła „swoje sprawy” w swoje ręce. Jakby zrozumiała, że nie ma co rozpaczać, tylko po prostu sama musi dobrze się przygotować do walki. Tu nikt jej nie pomoże. Musi mieć plan walki i musi walczyć. Nie może rozczulać się nad sobą.
Oznacza to, że i nam łatwiej będzie z nią rozmawiać. Nawet o jej chorobie.


26 lutego 1999r. – piątek

Wczoraj wieczorem rozmawiałam z Irką przez telefon. Czuje się dobrze. Była na badaniach. A dziś zadzwonił z pracy Leszek.
- Odebrałem badania Irenki – poinformował.
- Jak wyszły? Możesz przeczytać? – zapytałam.
- A możesz przyjechać?
- Oczywiście, że mogę.
- No to jak przyjedziesz, to zobaczysz – zadowolony jakby
chciał się ze mną potargować. - Ogólnie są w normie. Irenka nawet trochę utyła. Czuje się dobrze. Jest pełna nadziei na wyzdrowienie.
- Moja Dorotka jutro bierze udział w konkursie
skrzypcowym w Warszawie. Gra z koleżanką w duecie. Może wybiorę się razem z nimi. Przy okazji posłucham, jak grają i może potrzymam kciuki – zastanawiałam się głośno do słuchawki. - Co prawda nie było jeszcze postanowione, czym pojadą do Warszawy. Być może koleżanki tata je zawiezie. I może także je przywiezie. Wtedy przyjadę w niedzielę sama pociągiem.
- Będziecie mogły u nas przenocować – zaproponował Leszek.
- Zadzwonię wieczorem i powiem co postanowię –
dokończyłam rozmowę.


28 lutego 1999r. – niedziela

Jednak nie pojechałam do Warszawy w sobotę. Dorotkę zabrali rodzice koleżanki. Także ją przywieźli. Może i dobrze, że nie byłam z nimi. Dziewczynki nie były zadowolone ze swojego występu. Nawet nie czekały na wyniki. Szybko wróciły do domu i zapomniały o nieudanym występie. Nawet ze mną nie specjalnie chciała na jego temat rozmawiać. Dorotka niedługo skończy 14 lat. Potrafi mieć własne zdanie. Często musi sama podejmować ważne decyzje. Dlatego też nie mogę jej narzucać swojego zdania, ani obciążać jej swoimi problemami. Ma dość swoich. W tym roku kończy szkołę podstawową i będzie zdawała do szkoły średniej. Jeszcze nie wie do jakiej, ale na pewno do technikum, jak jej siostry.
Tak więc pojechałam pociągiem sama. Bardzo lubię jeździć sama pociągiem. Wtedy mogę spokojnie nad czymś się skupić. Zwykle mam druty pod ręką i robię skarpetki z owczej wełny, którą dostałam od mamusi. Tym razem jednak pisałam kolejny wiersz pt. „Polny krzyż”. Chyba jednak nie umiem pisać białych wierszy. Przynajmniej na razie mi nie wychodzi.
Tym razem Irka była w dobrym nastroju, więc zaraz jej się pochwaliłam swoją pociągową produkcją.


POLNY KRZYŻ

Smagany wiatrem, deszczem moczony,
Nie płacze i nie narzeka.
Na pustym polu sam - opuszczony,
Jak gdyby na kogoś czekał.

Niestraszne mu gromy, ni błyskawice.
Piorunów też się nie boi.
Jeden jedyny w tej okolicy.
Milczący jak kamień stoi.

Jakąż historię chowa tak skrycie
Głęboko wbiwszy się w ziemię.
Komu poświęca swe polne życie?
Dlaczego dźwiga to brzemię?

Niczyj stoi. Przez czas opuszczony
Pochylił zmęczone ramię.
- Niechaj będzie pochwalony!
- Na wieki wieków. Amen.


Irka zamyśliła się. Długo go czytała. Jakby kilka razy.
- Nawet nie zły, choć rymowany. W konkursach religijnych miałby szansę. Ale to nie jest poezja współczesna. Dziś żeby się czymś wyróżnić, trzeba wypracować własny styl. Wiersze rymowane już nikogo nie zaskoczą, niczego nie odkryją. Dziś mało kto chce czytać takie wiersze . Może dlatego, że właśnie z powodu tych śmieci są często za długie. Dziś trzeba oszczędzać słowa. Więcej dawać do myślenia czytelnikowi. Niech czyta między wierszami ....

To był niemal wykład o tym, jak należy pisać wiersze. Czułam się jak uczennica. Siedziałam więc cicho i słuchałam.
- A skąd ty Irka to wszystko wiesz?
Irka się uśmiechnęła szczerze i pewna siebie:
- Przecież mówiłam ci, że należę do koła poetyckiego. Tam ostro dyskutujemy na temat naszych wierszy. Poza tym przecież przygotowuję się do kolejnej matury z polskiego. Najpierw uczyłam się z Michałkiem, teraz z Małgosią. Powiem ci też w sekrecie, że Małgosia także pisze wiersze. Tylko nie mów jej, że wiesz ode mnie. Może sama ci powie, jak ją odpowiednio podejdziesz.

Rozkręciłyśmy się z rozmowami na dobre, a czas szybko uciekał. Powoli musiałam zbierać się do wyjazdu.
- Może na koniec jeszcze masażyk? Może przyda ci się dodatkowa porcja energii na jutro? – uśmiechnęłam się do niej zachęcająco.
Nie protestowała. Był więc i masaż nóg, i przekaz energii. Wszystko przyjęła ze spokojem, bez głupich min. Jutro przecież chemia.
- No to do jutra. Zadzwonię do ciebie ze szpitala. Cześć.

I pojechałam. Leszek mnie odwiózł na Dworzec Zachodni na pociąg. Miałam okazję porozmawiać z nim o Michale.
- Chciałabym Lechu, żebyś znał moje zdanie, jeśli chodzi o Michała. Ja uważam, że on ma wielki talent do fortepianu. On powinien zdawać na Akademię Muzyczną. Ja nie jestem pewna, że te studia co rozpoczęła Irka, będą odpowiednie dla niego. Tyle lat ćwiczeń, świetne wyniki z nauki i raptem ten wielki wysiłek ma pójść na marne? Wiem, że tobie jest trudno z Irką dyskutować na ten temat, bo to ona taką decyzję podjęła, ale Michał? Czy on zgodził się z jej decyzją z pełnym przekonaniem, że jest dla niego odpowiednia? Czy w ogóle on miał coś do powiedzenia w swojej sprawie?
- Rozmawiałem z nim. Ale wygląda na to, że nie chce dalej grać na fortepianie.
Leszek był chyba trochę zaskoczony moją ingerencją w edukację jego syna. Jakby zamilkł. Zdenerwował się? Zamyślił?
- Michał to mój chrześniak. Chciałabym, żeby mu się powiodło w życiu jak najlepiej. My dorośli, nie zawsze mamy rację. Dziecko ma także prawo do własnego punktu widzenia i prawo do podejmowania decyzji. Kiedyś myśmy chcieli podejmować decyzje sami. Rodzice wiedzieli swoje, a my swoje. Dziś kolej na nich – próbowałam zakończyć rozpoczętą przez siebie rozmowę.
- A wiesz, że nawet jego profesorka od fortepianu także była zdziwiona taką decyzją – nagle włączył się do rozmowy. - Ona także uważa, że powinien dalej grać, że na pewno dostałby się na akademię. Nawet teraz, po roku czasu. Ona nawet jest gotowa przygotować go do egzaminów wstępnych. Ale ja sam nic tu nie mam do powiedzenia. Irenka rządzi. Kiedyś ja uważałem, że niepotrzebnie posyła dzieci do szkół muzycznych, że z tego chleba nie będzie. Teraz kiedy zacząłem myśleć inaczej, nagle i ona zmieniła swoje zdanie. Już nie chce żeby jej dzieci były artystami, bo lepiej zarabiają pracownicy banków, czy ubezpieczeń niż najlepsi wirtuozi. Obawiam się, że i Małgosia nie pójdzie na studia muzyczne. Już Irenka i ją będzie umiała przekonać.
- No cóż. Chyba niepotrzebnie się wtrącam w nie swoje sprawy. Przepraszam.
- Będzie jak Irenka postanowi. Tak jest zawsze. Tylko czasem szkoda dzieci.
Leszkowi było bardzo trudno rozmawiać teraz o decyzjach Irki, gdy jest chora. Leczenie przecież dopiero się zaczęło. Kto wie, czy przeżyje, czy nie spadnie wszystko na jego głowę? A wtedy? Czy wtedy będę mogła mu pomóc? Niepotrzebnie się wtrąciłam.
I wróciłam do domu z moralnym kacem.





16 Grudnia 2018
Niedziela
Imieniny obchodzą:
Adelajda, Ado,
Albina, Alina,
Ananiasz, Bean,
Zdzisława
Do końca roku zostało 16 dni.
KAMIENIE
kamienie
pamiętają
nieustannie
przemawiają


.....WWW.....
Stronę założono 31.01.2006r.
Licznik odwiedzin
1985479
Ostatnio opublikowane
DRODZY CZYTELNICY
Z wielką radością
przyjmę każdą informację
o wykorzystaniu moich tekstów.

Zainteresowanych
nowościami na stronie
chętnie powiadomię.