header image
Start arrow Dlaczego ja arrow styczeń 1999
1 stycznia 1999r. – piątek (Nowy Rok)

Zadzwoniłam do Irki z życzeniami noworocznymi.
- Ja też ci życzę szczęśliwego nowego roku – odpowiedziała obojętnie. – Ale jeśli mnie pamięć jeszcze nie myli, to wczoraj mieliście rocznicę ślubu, tylko nie pamiętam którą – przypomniała sobie.
- Dwudziestą piątą. Taki mały jubileusz, ale nie świętowaliśmy.
Nie rozmawiałyśmy długo. Źle się czuła.
- Kończę studiowanie Silvy - poinformowałam. - Niedługo zacznę przekazywać ci energię.
- Co to da – odpowiedziała zrezygnowanym tonem.
Cóż mogłam jej odpowiedzieć:
- Zobaczymy.


3 stycznia 1999r. – niedziela.

Dziś zrobiłam sobie wolną niedzielę i zakończyłam studiowanie Silvy. Będę przekazywać Irce energię o 6-tej rano przez 15 minut.


4 stycznia 1999r. – poniedziałek

O szóstej rano zrobiłam sobie próbę generalną przekazywania energii. Usiadłam w fotelu i zaczęłam odliczać, jak każe „instrukcja”. O mało nie usnęłam. Ale zadanie wykonałam od początku do końca. Wyobraziłam sobie, że podłączyłam Irce przez pochwę odkurzacz, który wciągał wszystkie komórki rakowe do papierowego worka, po czym worek wyjęłam i spaliłam go na popiół. Popiół włożyłam do białej koperty, zakleiłam ją i wyniosłam od razu do śmietnika. Potem jeszcze zrobiłam wizualizację sobie, na bóle pod pachami (ostatnio więcej mi dokuczają) i na bóle w piersiach. W sumie seans zamiast zaplanowanych 15 minut trwał pół godziny.
Ze sklepu zadzwoniłam do Leszka do pracy. Irka nie czuje się dobrze. Na dodatek ma problem z oddaniem stolca. I to już od wielu dni. Poprosiłam go, żeby powiedział jej, że od dziś zaczęłam przekazywać jej energię. Niech nastawi się na jej odbiór, wyobrażając sobie, że ją dotyka ciepły wiatr i że sprawia to jej wielką przyjemność.
- Codziennie rano od szóstej do szóstej piętnaście. Tylko nie zapomnij – powtórzyłam na koniec rozmowy.


7 stycznia 1999r. – czwartek.

Przez te kilka dni nie zadzwonił ani Leszek, ani Irka. Żadnych wiadomości. Za tydzień wyznaczony termin na pierwszą chemię, a tu żadnych wiadomości. Nie wiedziałam, czy Leszek przekazał jej o moich codziennych seansach, czy nie. A może oni w nie nie wierzą? Różne myśli mi przychodziły do głowy.
Wieczorem postanowiłam zadzwonić sama do Irki.
- Właśnie miałam do ciebie dzwonić – odebrała telefon.
- Nie mogłam się doczekać, więc dzwonię – zażartowałam.
- Dziś miałaś być przesłuchiwana w Radomiu w sprawie „miedzy”.
Zaskoczyła mnie. Skąd wiedziała? Przecież mówiłam Halinie, żeby jej do sprawy nie włączała.
- Byłam. Przyjechała też Halina... – nie bardzo wiedziałam co mam jej mówić.
- Trzeba było nie iść - włączyła się wyraźnie zdenerwowana. – Jak narobiły z matką „bigosu”, to niech go same teraz jedzą. Myślą, że wszystkie rozumy pozjadały. Chyba nie mają na co pieniędzy wydawać. Za te co już wydały, można by było dziesięć takich "miedz" kupić. Sądy tylko ręce zacierają i śmieją się z nich. Śmieją się też sąsiedzi, że takie uczone, a z rodziną nie mogą się dogadać. Mnie też chciały włączyć do sprawy. Ale ja nie jestem taka głupia. Nie będę robić z siebie wariatki. Dziś będą się sądzić „o miedzę”, a jutro „o kurę”, że przeszła przez płot. To przecież wariatki – niemal krzyczała do słuchawki. - Ty też powinnaś się wycofać, bo się od nich nie odczepisz – dodała na koniec.
- Irka. Nie denerwuj się. Myślałam, że nie będą ciebie wzywać. Prosiłam Halinę. Mówiłam mamusi, że jesteś chora...
- One jakby mogły to i umarłego z grobu by wyciągnęły. Nie myśl, że tak szybko skończą. Jeszcze będą wołać o pieniądze od ciebie. Radzę ci żebyś się wycofała ze sprawy.
- Podobno już więcej mnie nie będą przesłuchiwać. Dałam pełnomocnictwo Halinie.
- Dałaś jej pełnomocnictwo? – zapytała i nie czekając na odpowiedź dalej wygłaszała swoje racje. – Ty chyba zgłupiałaś. Lepiej napisz oświadczenie, że wycofujesz się ze sprawy.
Nie pytałam, czy sama już takie oświadczenie złożyła. Nie chciałam przedłużać tego tematu.
- Jak będzie mnie ciągać po sądach. .. – nie kończąc odpowiedzi zmieniłam temat.- Co robisz w niedzielę? – zapytałam. – Może bym przyjechała.
- Będę uczyć się do egzaminów – pochwaliła się. – Przecież mam niedługo sesję. Nie musisz przyjeżdżać. Czuję się całkiem dobrze.
- Chciałam zdać ci relację, jak przekazuję ci energię. Mówił ci Leszek? W poniedziałek zaczęłam.
-Mówił – odpowiedziała jakby od niechcenia.
- I co?
- Właśnie zastanawiam się co podziałało: czy po prostu czas, czy to twoje szarlataństwo – zaśmiała się do słuchawki. – Otóż od poniedziałku zaczęłam się normalnie wypróżniać. I to jakie duże stolce, jak krowie placki na pastwisku. Od razu człowiek zdrowszy. Przyniosłam dziś wyniki badań. Wyszły całkiem dobrze. Nawet lekarka z przychodni była zaskoczona.
- Coś ci powiem – włączyłam się do tematu. – Wypróbowałam swoją energię na sąsiadce, tej pod nami – pielęgniarce. Ona też stwierdziła, że dobrze zrobiłam jej na stolec, bo od razu po seansie ją pogoniło, a ostatnio często miewa obstrukcje. Widocznie moja energia nadaje się tylko do gówna – zażartowałam.
- Nie żartuj sobie z gówna. Chyba nigdy nie miałaś problemu z nim – poważnie ustosunkowała się do tematu stolca.
- Nie żartuję sobie z gówna, tylko z mojej energii – wyjaśniłam jej.
Przez chwilę Irka nic nie mówiła.
- No nic - przerwałam milczenie. - Od jutra „seans” od 6,15 do 6,30. Oczywiście rano. Pośpisz sobie 15 minut dłużej. Będę cię męczyć jeszcze przez tydzień, czyli zanim pójdziesz do szpitala – zdecydowanie wyznaczyłam jej wizyty. - Na piętnastego jesteś umówiona? – dokończyłam swoją odpowiedź.
Nie protestowała.


10 stycznia 1999r. – niedziela

Wkurzyłam się na Irkę. Właśnie zadzwoniła z informacją, że przełożyła wizytę w centrum na 1 lutego, bo się uczy.
- Jak to? I lekarz się zgodził? – byłam zaskoczona.
- Powiedziałam mu, że mam teraz egzaminy. Że jak ich nie zaliczę w terminie, to będę musiała powtarzać semestr. A to oznacza, że będę musiała ponieść dodatkowe koszty - relacjonowała przez telefon. - Wiesz, że pieniędzmi nie śmierdzę - dodała krótko.
Nie odezwałam się. Kontynuowała więc "rozmowę z lekarzem", ale już spokojniej.
- Powiedziałam mu, że studiuję na prywatnej uczelni, że semestr jest dość drogi. Że ja ostatnio nie pracuję. Przyjrzał się wszystkim moim badaniom i zgodził się - spokojnie odpowiedziała.
Zastanawiałam się co jej odpowiedzieć. Pomyślałam, że właściwie obowiązek pracy to także terapia. Możliwe, że tak samo rozumował lekarz. Swoją drogą to chyba rzeczywiście musiała mieć dobre wyniki badań. Inaczej powiedziałby jej, czym może się skończyć takie cudowanie.
Uzgodniłyśmy, że nie przerywamy „seansów”, aż do chemii.


17 stycznia 1999 r. - niedziela

Przez cały tydzień nie dzwoniłam do Irki. Byłam zajęta inwentaryzacją w swoim sklepie. Dzisiaj zadzwoniła do mnie mamusia, że właśnie rozmawiała z Irką. Podobno jest wszystko w porządku. Irka czuje się lepiej. Mamusia uważa, że Irka nie powinna iść na chemię, bo może być jeszcze gorzej. "Chemia to trucizna" - powiedziała. Potem zaczęła opowiadać, jak to ona zsiadłym mlekiem z sodą i gorącą wodą "rozgoniła" guzy, a lekarz chciał ją już kierować do szpitala. Słuchałam jej oczywiście, ale nie wiedziałam co jej odpowiedzieć. Mamusia chyba nie zdawała sobie sprawy z sytuacji Irki.
- Mamo, ty chyba nie zdajesz sobie sprawy z Irki choroby. Dla niej jedyną nadzieją jest ta właśnie trucizna, czyli chemia. Jeśli jej organizm przyjmie chemię, ma szansę żyć. Jeśli odrzuci ... - nie dokończyłam. - Trzeba nam, mamo, się modlić, że by Irka mogła przyjąć tę chemię.
- Trzeba nam się modlić - cicho przyznała mi rację. - Ja znam takie modlitwy. Moja matka mnie ich nauczyła. To są bardzo dobre modlitwy. Będę je co wieczór w łóżku odmawiać - dokończyła.
Ja nigdy nie miałam okazji widzieć jej modlącej się, chyba że w cerkwi. Ostatnim razem na pogrzebie ojca.
Nie chciałam jej powiedzieć o moich seansach z Irką.


25 stycznia 1999r. - poniedziałek

Z samego rana zadzwonił Leszek, że z Irką ma problemy.
- Wczoraj Irenka powiedziała mi, że nie pójdzie do szpitala. Za tydzień wizyta, a ona znowu chce zrezygnować. Porozmawiaj z nią - poprosił.
- Dobrze, Leszek. Porozmawiam dziś wieczorem z Irką. Ale powiedz, co się dzieje? - zapytałam
- Ma uderzenia gorąca na całym ciele. Nie chce słyszeć o chemii. A w ogóle, to chce żeby dać jej spokój.
Leszek był bardzo zdenerwowany. Przyszło mi do głowy, że może mamusia jej "nagadała" i to ją zniechęciło do pójścia na chemię.
Wieczorem zadzwoniłam do niej, udając że nie rozmawiałam o niej z Leszkiem. Opowiadała o uderzeniach tego gorąca.
- To tak, jakbyś miała w żyłach zamiast krwi gorącą wodę. Parzą cię kości, skóra. Zaciskasz zęby. Pocisz się - opowiadała. - Wprost nie do wytrzymania. Czasem muszę natychmiast iść pod zimny prysznic, bo zdaje mi się że się zagotuję.
- A jak często to ci się powtarza?
- Różnie. Czasem kilka razy na dzień. Czasem więcej.
- Wiesz, Irka. Ja myślę, że to dlatego, że masz usunięte jajniki. I zanim organizm się przyzwyczai do nowej sytuacji to musi trochę czasu minąć. Mówiłaś o tym swojemu lekarzowi.
- Dostaję jakieś hormony, ale niewiele mi to daje.
- A jak nasza terapia? Chcę przenieść na godzinę 22 - nie czekając odpowiedzi zmieniłam godzinę seansu.
Irka tylko przytaknęła.
- Chcę ci też dołożyć jeszcze jeden element do seansu. To także według twojej książki - miałam na myśli metodę Silvy, którą pożyczyłam od niej. - Będę ci na odległość napromieniowywała wodę. Postaw przed seansem szklankę wody. Po seansie ją popijaj. Nawet w nocy. Na następny seans postaw następną szklankę. Zaczynamy od dzisiaj. Na razie tylko ten tydzień.
Nie protestowała.
- No to do 22-giej - zakończyłam rozmowę.
Ewentualnej rezygnacji z pójścia na chemię nie poruszyłam.


26 stycznia 1999r. - wtorek

Koniecznie chciałam dowiedzieć się, czy Irka wykonała moje "polecenia". Zadzwoniłam wieczorem. Sama odebrała telefon.
- Jak smakowała „zaczarowana” woda? Wypiłaś?
- Wypiłam - bez przekonania stwierdziła. - Ale gorąco i tak mi dokucza - dokończyła zmęczonym głosem.
- Jednak nie rezygnujmy z tych seansów. Może one jednak przyniosą efekty, tylko potrzeba czasu. Tyle jest na świecie niewytłumaczonych mocy. Ludzie szukają różnych dróg ratunku - próbowałam ją utwierdzić w przekonaniu, że trzeba szukać różnych sposobów, aby sobie pomóc w chorobie.
- Ale tylko do chemii - powiedziała zniechęcona.
A więc nie zrezygnowała z chemii. Odetchnęłam.


27 stycznia 1999r. – środa

Dziś Leszka nie było w pracy. Nie mogłam więc z nim swobodnie porozmawiać o Irce. Martwiłam się też, czy nie dzieje się z nią coś złego i musiał zostać w domu. Zadzwoniłam więc do niej po seansie, żeby dowiedzieć się, jak się czuje.
- Poszła do łazienki, bo nagle zrobiło się jej gorąco -
Leszek odebrał telefon.
- Długo siedzi?
- A z 15 minut.
- A czy siadła do mojego seansu? – zapytałam .
- Właśnie miała zasiąść, ale to gorąco pogoniło ją pod
prysznic – wyjaśnił.
Jak się zorientowałam z rozmowy z Leszkiem, Irka, jak tylko dostawała tego gorąca, to natychmiast brała prysznic. Nawet kilka razy dziennie. Obawiałam się, czy się nie zaziębi. Na dodatek ciągle otwiera okna - tak jej gorąco. Jak tylko wróciła z łazienki zaraz Leszek oddał jej słuchawkę.
- Uważaj na siebie z tymi częstymi prysznicami .
- A co? Już ci Leszek powiedział? Przecież nie mogę
chodzić spocona i śmierdząca – zdenerwowała się.
- Z potem to wychodzą wszystkie trucizny, więc nic ci się
nie stanie, jak się trochę mocniej spocisz. Spocisz się i
wyschniesz. Tylko koszule wymieniaj – wyglądało jakbym ją pouczała.
- Wiem co robię. Ty też byś takiego gorąca nie wytrzymała.
- Tylko uważaj, żeby jakieś zapalenie płuc ci się jeszcze
nie przyplątało. W końcu jest jeszcze zima.
Ale czy mnie posłucha?


28 stycznia 1999r. – czwartek

Dzisiaj Leszek był w pracy. Mogłam więc z nim porozmawiać o Irce i poprosić, aby sprawdził ją , czy tak przyjmuje seans, jak ja bym go widziała.
Mógłbyś ją podpatrzeć dzisiaj?
Spróbuję ją przyuważyć, jak mi nic nie wypadnie –
obiecał.
- Zadzwonię po seansie.
Zadzwoniłam także do Irki, żeby jej przypomnieć i żeby się nie spóźniła. Chciałam sprawdzić, czy jest jakiś związek jej uderzeń gorąca i moich medytacji.
Tymczasem sama się zagapiłam. Poszłam na dół do sąsiadki na plotki. Rozmawiałyśmy o moich medytacjach. Jej także od trzech dni „przekazuję energię” metodą Silvy. Powiedziała mi, że jak tyle lat żyje, to jeszcze tak dobrze się nie wypróżniła. Opowiedziałam też jej , że Irka także zauważyła, że po moich medytacjach miała lepsze wypróżnienia. Zażartowałyśmy więc, że widać jestem dobra od gówna. Ale przez to gadulstwo, jak się zorientowałam, to było już 25 minut po 22-giej. Szybko więc wbiegłam do siebie i choć z opóźnieniem, to jednak pomedytowałam przez 15 minut. Do Irki już nie dzwoniłam. Pomyślałam, że przepytam Leszka przez telefon jutro w pracy.



29 stycznia 1999 r. – piątek

Wczoraj Leszek późno wrócił do domu. Było może 20 minut po 22 –giej. Irka była czymś podenerwowana. Potem znowu to jej gorąco. Rozmawiał ze mną, ale wyczuwałam, że i on był czymś podenerwowany. A może przeze mnie? – przyszło mi do głowy. Może ma już dość moich telefonów i spowiadania się z Irki.
Ostatecznie zdecydowałam, że nie będziemy dalej uprawiać „czarnej magii”. Zadzwoniłam także do Irki, żeby jej o tym powiedzieć.
- Jak się dziś czujesz? – zapytałam bardzo delikatnie. – Ile razy byłaś pod prysznicem?
- Kilka.
- A jak seans? – próbowałam się dowiedzieć, jak było.
- Normalnie. Siedzę przy stole i ... się uczę – uśmiechnęła
się zadowolona.
- Mogę do ciebie przyjechać w niedzielę?
Myślałam, że może będzie chciała ze mną porozmawiać. Ale ona miała inne plany.
- Lepiej nie, bo nie będę miała dla ciebie czasu. Muszę się
uczyć. Przecież mam sesję egzaminacyjną.
Rzeczywiście. Zapomniałam, że ma sesję egzaminacyjną.
- Wobec tego przyjadę do ciebie, jak już będziesz po szpitalu. Pomyślimy, co dalej z naszymi „seansami”. Tymczasem ucz się. Seanse zawieszam – postanowiłam.


30 stycznia 1999r. – sobota.

Bardzo późno wieczorem, prawie w nocy, dzwoniła do mnie mamusia. Rozmawiała z Irką. Radziła jej, żeby jednak zrezygnowała z chemii.
- Mamo, nie odwodź jej od szpitalnego leczenia. Jej nie da się wyleczyć maściami, ani kwasem bornym. Irka jest chora na raka. Ma usunięte jajniki. Żeby rak się nie rozprzestrzeniał dalej musi brać chemię - tłumaczyłam jej.
- Ależ, Walu, wiesz, mnie też chcieli zabrać do szpitala. Mówili, że jak nie pójdę, to umrę. Musiałam nawet podpisać papier, że się nie zgadzam na szpital. Miałam takie gule na nogach, jak pięść – spokojnie opowiadała o swojej chorobie. – I ja się nie zgodziłam. Kazałam Halince grzać wodę i przykładać na te gule kwas borny. Bez przerwy. I przeszło. Rozgoniłam. I patrz, że żyję. A w szpitalu – to pewnie by mi dali takie zastrzyki, że by mnie wykończyli. Już kiedyś dał mi lekarz takie zastrzyki, że dostałam uczulenia. Ledwo się odratowałam – przekonywała. - Zanim się pójdzie do lekarza, trzeba się samej ratować. Kiedyś nie było lekarzy i ludzie sobie sami radzili, bo musieli. Teraz z byle czym - to do lekarza. Lepiej niech ona tam nie idzie – spokojnie, jakby bez strachu , bez żalu, nawet bez współczucia uparcie mi tłumaczyła i przekonywała o swojej racji.
- Tak, mamo. Ale Irka nie jest chora na byle co. Musisz to zrozumieć. Irka ma już przerzuty na otrzewną. A tam nie da się położyć gorącego kompresu, ani przyłożyć kwasu bornego, czy sody oczyszczonej z zsiadłym mlekiem. Uwierz mi. Ona umiera. Jeśli jej lekarze nie uratują – to nikt jej nie uratuje.

Nie przekonałam mamusi. Ona zawsze wiedziała swoje i zawsze sama sobie radziła. Twarda kobieta. Niedługo skończy 74 lata. Przeżyła bardzo wiele. Miała 9 lat, gdy spalił się dom rodzinny. Ona, z dziecięcą odwagą, weszła do płonącej izby, by z szafy wyciągnąć drewniane owalne pudełko, w którym była jej nowa chustka na głowę. W pudełku tym rodzice jej chowali najważniejsze dokumenty. Po pożarze powiedziała jej matka, że to pudełko będzie dla niej. Bardzo się cieszyła. Z pudełka i z chustki. Potem wojna. Widziała na własne oczy Bug cały we krwi i płynące trupy. Wiele razy opowiadała o tym wydarzeniu. Niemcy powiadomili wieś, że muszą uciekać przed Armią Czerwoną, że będzie wielka bitwa, że będzie bardzo niebezpiecznie. Radzili, żeby wszyscy opuścili wieś i poszli do lasu. Poszli na Sugry. Gdy Niemcy już uciekali przed ruskimi, jeden z niemieckich snajperów wszedł na wysoką wieżę i strzelał do ruskich przechodzących przez Bug. Strzelał dotąd, aż mu zabrakło naboi. Wtedy ostatnim sam się zabił. Jak już ruscy przeszli mogli wrócić do swoich domów. Wtedy okazało się, że ich dom był pełen gilz. Prawdziwy magazyn broni. Że te gilzy nie wybuchły? Wszystkie domy na wsi były podziurawione kulami. A ich dom nie był trafiony nawet jednym. Jej matka wtedy powiedziała, że przed wybuchem, przed ogniem, ochroniła ich dom ikona Bożijej Matieri „Nieopalimaja kupina”. To była ikona jej matki. Jej matka zabierała tę ikonę, gdziekolwiek była. Nawet była z nią w carskiej Rosji, gdy pojechała za ojcem. Przeżyła też „Akcję Wisła”. Wszystkich wtedy wywieźli „na zachód”. Ona dlatego tylko została, że była w ciąży z Haliną. A potem, kiedy wszyscy po kilku latach powrócili, już ze swoimi rodzinami, trzeba było ich wszystkich przyjąć i wyżywić. Bywało, że mieszkało 20 osób i więcej. W takim zamieszaniu często dochodziło do rodzinnych nieporozumień. Jak pamiętam, te nieporozumienia nigdy się nie skończyły. Nawet ta dzisiejsza sprawa „o miedzę” – to też zaszłość tamtych lat. Przez całe życie ciężko pracowała. Prawdziwa chłopka. Czasem nawet miałyśmy do niej żal, że lepiej dba o swój dobytek niż o soje dzieci. Nic wtedy nie mówiła. Pewnie nie rozumiałyśmy jej.
Ale taka była. Jak umarł ojciec, to tak nie płakała , jak gdy padła krowa. No cóż. Nie wyszła za mąż z miłości, tylko rodzice nakazali jej. A już była po słowie z Andiuszą. Jednak nie miała nic do powiedzenia. I długo nie miała nic do powiedzenia. Nawet u męża. Ojciec nie przynosił jej swojej pensji. Oddawał tylko rodzinne. Chciał mieszkać w Białej, jak wujek z ciotką. Ale matka się nie zgodziła. Nie zgodziła się też oddać ziemi pod kołchoz. Dlatego nie oddawał jej pensji. Musiała utrzymywać się z pracy na roli. Bez konia, bez swojego sprzętu rolniczego. Za wszystkie sąsiedzkie usługi w polu musiała odrobić własnymi rękami. A sąsiedzi cenili się bardzo. Nic jednak nie mogła sama zrobić. Ale na ojcowiźnie została. Utrzymała wszystko. Nawet dokupiła ziemi. Dopiero Kolka, nasz brat cioteczny, jak już był na studiach, zainteresował się sprawą i naszego ojca zawstydził. Wtedy zaczął się rozliczać z matką co do grosza. Nawet rozliczał znaczki, gdy matka posyłała nam listy do internatów.
Matka się złościła, że pewnie wysyła na Ukrainę, bo pewnie tam zostawił żonę i dzieci. Ludzie różne rzeczy gadali na jego temat. Ojciec wtedy groził, że ją zabije. Ale ona też nie dawała się i kazała jemu spier ... na Ukrainę. Jak byłam w „ogólniaku” to nawet kiedyś przyszedł do mnie do internatu, by powiedzieć mi, że rozchodzi się z matką. Poszliśmy wtedy także do Irki, też do internatu. Matka na nas nigdy nie krzyczała. Ojciec zdarzało się, że nawet nas bił. Nie miał więc szans, żebyśmy się nad nim ulitowały. Skoro tak postanowił, to niech sobie szuka nowego domu. Ale jakoś mu przeszło. Gdzie by poszedł. Wrócił do domu. Tylko u Haliny miał uznanie. Halina była już studentką w Warszawie. Była jego wizytówką. Nawet kupowała jemu ukraińskie książki. Cały strych ich nazbierał. Jednak dla nas żałował - nawet na przysłowiowego cukierka. Myślę, że bardzo tęsknił za Ukrainą. Niestety nie nauczył , bynajmniej mnie, miłości do swojej ojczyzny, odwrotnie – był czas, że nawet nie lubiłam Ukraińców. Czy ojciec kochał swoje dzieci? Mam wątpliwości.

31 stycznia 1999r. – niedziela

Nie mogłam nie zadzwonić do Irki. To co, że się uczy. Jutro ma iść na chemię. Nie mogłam do niej nie zadzwonić.
- Jak egzaminy – zapytałam, by nie pytać od razu jak się czuje.
- Do przodu. Został mi do zaliczenia tylko niemiecki, ale podejdę do niego po chemii – spokojnie wyjaśniła. Po chwili dopowiedziała:
- Jutro mam chemię. Bardzo się boję.
Nie bardzo wiedziałam, co jej powiedzieć.
- Bojaźń skupia uwagę, a czeka cię najcięższy egzamin. Więc może to dobrze, że się trochę boisz.
- Bardzo się boję – powtórzyła.
- Będziemy za ciebie trzymać kciuki.

Ja także boję się jutrzejszego dnia. Czarne myśli przychodzą mi do głowy. A jak nie wytrzyma tej chemii? Różne rzeczy ludzie opowiadają.
Na dodatek rozbolała mnie lewa pierś. Ciągle mam z nią jakieś problemy. Nasza miejscowa onkolog 10 lat temu chciała mi zrobić zabieg i powycinać guziki, które mi się potworzyły. Ale bałam się i do tej pory je „hoduję”. Bywa, że bolą więcej, że ból przenosi się pod pachy, ale bywa że prawie wcale nie bolą . Dziś boli mnie wyjątkowo okropnie, żeby nie powiedzieć, że rwie. Na dodatek, jakbym dostawała gorączki. Powinnam sobie zrobić USG.






16 Grudnia 2018
Niedziela
Imieniny obchodzą:
Adelajda, Ado,
Albina, Alina,
Ananiasz, Bean,
Zdzisława
Do końca roku zostało 16 dni.
KAMIENIE
kamienie
pamiętają
nieustannie
przemawiają


.....WWW.....
Stronę założono 31.01.2006r.
Licznik odwiedzin
1985495
Ostatnio opublikowane
DRODZY CZYTELNICY
Z wielką radością
przyjmę każdą informację
o wykorzystaniu moich tekstów.

Zainteresowanych
nowościami na stronie
chętnie powiadomię.